* 2 dni później *
Na wpół przytomna, przysłoniła dłonią oczy, chcąc je ochronić przed promieniami słońca, wpadającymi przez wielkie okno. Z jękiem przewróciła się na brzuch, chowając twarz głęboko w białą,pachnącą poduszkę.
Nie zdążyła na nowo zasnąć, kiedy poczuła, że ugina się materac.Z głośnym westchnieniem, przekręciła delikatnie głowę, otwierając jedno oko. Jej oczom ukazał się Jake. Był w zielonym T-shircie z dekoltem w serek oraz czarne spodenki. Spojrzała na jego rozpromienioną twarz i ponownie przytulając się do poduszki.
- Wstawaj i to szybko. Zrobiliśmy śniadanie.
- Jeszcze pięć minut.- Jęknęła. Chłopak zaśmiał się, przenosząc rękę na jej włosy, mierzwiąc je. Zakryła je obydwoma rękami, nie dając mu szansy na dalsze wygłupy. Spojrzała na niego ostro, ale zamiast go wystraszyć, rozbawiła go.
Przewracając oczami, odsunął kołdrę i przerzucając sobie dziewczynę przez ramie, odparł :
-Posłuchaj. Lucy chce Ci zrobić niespodziankę. To ona wpadła na pomysł, aby zrobić Ci śniadanie więc jak zejdziemy, będziesz udawała zaskoczoną, rozumiesz?
-Puść mnie idioto, dam rade iść!
Ignorując ją, z szerokim uśmiechem na ustach, pokonał ostatnie stopnie i wszedł do wielkiej kuchni, gdzie czekała już dziewczynka. Odsunął krzesło, i delikatnie usadził na nim, na wpół rozgniewaną, a wpół rozbawioną, nastolatkę.
Spojrzała na nakryty już stół, czując na sobie spojrzenia młodszej siostry. Odwróciła się w jej stronę.
- Ślicznie wygląda. Ty to wszystko przygotowałaś?- spytała. Dziewczynka potwierdziła ,po czym podbiegła do lady, na której leżała bita śmietana, i podała ją siostrze.
- Masz. Z tym gofry będą dużo lepsze.
Jake usiadł na wprost niej, również zabierając się za jedzenie, natomiast Lucy zajęła miejsce obok.
Sięgnęła po filiżankę ze świeżo zaparzoną kawą, kiedy usłyszała:
- Czy tylko ja mam wrażanie, że to wygląda jak śniadanie w jakimś klawym filmie?- Przemówił chłopak, odpychając się na krześle.
- Prawdziwa rodzinna sielanka- podsumowała Katherine.
***
Przyklęknął przy zwłokach, zakrywając ręką usta. Nie mógł w to uwierzyć.
U jego stóp leżał jeden z trzech najlepszych ludzi. Kto coś takiego mógł zrobić?
Spojrzał na przerażoną twarz jego żony, Amandy, która leżała obok niego. Miała szeroko otwarte oczy.
- Nie widać żadnych innych śladów więc na pewno nie była to żadna bójka. Przyczyna śmierci było postrzelenie. Prawdopodobnie z około 5 metrów.
Wstał i rozejrzał się po domach. Taka dobra dzielnica. To musi być wielki szok dla mieszkańców.
-Dzień dobry. Wiecie już co się wydarzyło?- odezwał się wysoki głos po jego prawej stronie. Odwrócił się, stojąc twarzą do mężczyzny w szlafroku.
-Nie możemy udzielać informacji.
- Rozumiem.. - Pokiwał głową.Odwrócił się, odchodząc kiedy na jego zarośniętej twarzy pojawił się uśmiech. Pokonał niewielką odległość dzielącą go od śledczego. - Mieszkam tutaj, na przeciwko. - wskazał palcem na ładny żółty domek, po czym zamilkł.
- I co związku z tym?
- To, że od jakiegoś czasu, pewne łobuzy ze slamsów, kradną mi różne rzeczy z podwórka. Wie pan- to krzesła ogrodowe, to rower..
- Przepraszam pana, ale tu chodzi o morderstwo, nie mam czasu na takie rzeczy. Proszę to zgłosić na policje, z pewnością się tym zajmą.
- Ja wiem.. Ale chodzi o to, że przed tygodniem zamontowałem kamerę, tutaj na drzewie, i jestem pewny,że obejmuje ten obszar również. Może kamera zarejestrowała sprawce.- Miał racje. Wysoko na drzewie była mała kamera.
- Marek! - krzyknął śledczy. Parę sekund później u jego boku, pojawił się niższy o głowę "policjant", patrząc na niego pytająco.
- Idz z tym panem i zdobądź nagranie z wczoraj.
- Oczywiście. - Skinął na rudzielca w szlafroku i razem udali się do jego domu.
- Antoni!- usłyszał. Odwrócił się w stronę głosu. Na werandzie stała kobieta, Angel, która kiwnęła na niego ręką. Szybkim krokiem udał się w jej stronę.
- O co chodzi? -zapytał,kiedy stanął przed nią.
-Mamy pewien problem.. - Westchnęła, gdy szef uniósł brwi - W środku jest dziecko..
-Jakie dziecko?- Przerażony, nie czekając na odpowiedz, wszedł do środka i kierując się wrzaskami, wszedł do salonu.
W małym łóżeczku na środku pokoju, owinięte w różowy kocyk, leżało dziecko.
Dziecko Peter'a i Amandy.
**
Katherine i Jake popijali kawę na tarasie, a w międzyczasie Lucy korzysta z basenu kilka metrów dalej. Dziewczynka przebrana już w jednoczęściowy strój kąpielowy, starała się powoli wejść do głębokiej i nagrzanej wody.
Jake pomyślał o dmuchanym koła, dzięki czemu miała się utrzymać na wodze. Poszedł do szopy, gdzie schował je, kiedy stale tu przebywał.
Ześlizgnęła się do wody, poprawiając swoje koło. Trzymając się brzegu, poruszała nogami.
- Może powinniśmy do niej wejść..- mruknęła Kath, patrząc na siostrę.
- Daj spokój. Ona ma 10 lat,a Ty traktujesz ją jakby miała dwa razy mniej. O co chodzi?- zapytał Jake, pochylając się odrobinę do przodu.
- O nic nie chodzi. Martwię się o nią. Za długo z nimi przebywała, za długo się nie widziałyśmy. Nie chciałabym ją znów stracić, rozumiesz? - kiwnął twierdząco głową.
- Gdzie tak naprawdę mieszkacie?
-Wychowywałyśmy się w Polsce jednak parę lat temu przyjechałam do Chicago, do koleżanki. Wynajmowałam z nią mieszkanie. Pracowałam wtedy jako kelnerka w pewnej knajpie. Może zarobków dużych nie było, ale dają czasami niezłe napiwki.
- Przez cały czas mieszkałaś u koleżanki? - dopytywał.
- Nie. Później mieszkałam z chłopakiem, też w Chicago. Kilka miesięcy przed porwaniem, wyprowadziłam się do Los Angeles. Tam też poznałam Peter'a, który zapoznał mnie z jego światem.
- Jak dowiedziałaś się, że Lucy została porwana?
Przekrzywiła głowę, bawiąc się łyżeczką.
- Wykonywałam swoje zadanie w Moskwie, kiedy dostałam MMS z filmikiem, na którym była Lucy.Była przywiązana do pnia drzewa, była pokaleczona. I to było wszystko. Nie dostałam żadnej innej wiadomości od tamtego czasu. Przez parę dni, czekałam na telefon z instrukcjami.. Rodzina uważała,że chodzi o okup, ale coś mi w tym nie pasowało. Namierzyłam ich. Byli w Londynie, więc się tam udałam. Śledziłam podejrzanych ludzi aż natrafiłam na Ciebie. - Wypiła resztę kawy, odkładając szklane naczynie na talerzyk.
- To musiało być.. przerażające doznanie.
- Owszem.
- Powiedziałaś, że rodzina sądziła, że chodzi o okup?
- Lucy mieszkała z moją matką chrzestną i jej rodziną. -wyjaśniła.
- A Wasi rodzice? - w momencie, w którym wypowiedział to słowo, cała się spięła. Zacisnęła dłoń,w której trzymała łyżeczkę, powodując, że sie wygięła.
- Nie mam rodziców. - wysyczała, rzucając metalem w ręce, wstając .
" Mam przerąbane.. "- pomyślał, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi.
Podoba mi się to opowiadanie mimo.błędów, które czasem ci się zdarzają :) Proszę o kolejny rozdział!
OdpowiedzUsuń