wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 19

Czuła od samego początku, że zgodzenie się zamieszkać z nim pod jednym dachem to będzie przegięcie.
Czuła, że wmieszanie do tego Lucy, będzie złym krokiem.
Czuła, że ta radość z tego, że jego język dotyka jej usta, jest cholernie niedopuszczalna.
Ułożyła dłoń na ramieniu chłopaka, z pozoru niewinnie, zaciskając dłoń na jego koszulce.
"Opanuj się, dziewczyno!"- nakazała sobie w myślach.
Powoli, dając czas na głębsze posmakowanie chłopaka, odsunęła go od siebie, wpijając wzrok w poduszkę za jego plecami. Chłopak jednak nie dawał za przegraną i opierając czoło do jej czoło, próbował ją objąć.
"Przerwij to" -krzyczał jej rozum.
Nie patrząc na niego, wstała, zabierając telefon oraz paczkę papierosów z jego wewnętrznej kieszeni kurtki. 
Miała nadzieję, że nie będzie miał jej za złe, że zabiera jego własność bez pozwolenia.
Jednak on nawet się nie odezwał tylko przez chwile jej się przyglądał, by po chwili opaść na kanapę z lekkim uśmiechem na twarzy.
Ona również nie zamierzała przerywać tej ciszy. Nawet nie wiedziała co miałaby powiedzieć. Miała mętlik w głowie i musiała to sobie przemyśleć.
Ominęła leżącego chłopaka, pokonała dzielącą ją odległość na taras, łapiąc za klamkę. Nacisnęła ją powoli, wychodząc na drewnianą ułożoną podłogę, zamykając za sobą drzwi.
Odetchnęła, rozglądając się za miejscem, w którym mogłaby wygodnie usiąść. Zauważyła małą ławeczkę zaraz koło dębu, i bez zastanowienia udała się w tamtym kierunku.
Oparła się o miękkie poduszki na oparciu, podciągając jedną nogę do klatki piersiowej. Wyciągnęła jednego papierosa z opakowania, podpalając jego koniec zapalniczką i odkładając wszystko na poduszkę obok, włożyła papierosa do ust. Zaciągnęła się nim, jednak za mocno, ponieważ zaczęła się nim dusić.
Przyłożyła dłoń do piersi, kaszląc przy tym.
Nie zraziło ją to jednak, ponieważ ponownie przyłożyła go do ust.
Usłyszała dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi tarasowych, jednak nie odwróciła się. Przekrzywiła głowę, pozwalając długim włosom na zakrycie jej twarzy.
Jake usiadł obok niej, opierając łokcie na kolanach, pochylając głowę.Odchrząknął, zerkając na nią.
  - Wszystko w porządku malutka?- zapytał. Skinęła głową.
  - W najlepszym.- Miała taki nieobecny głos i nadal na niego nie patrzyła. Ułożył ręka na jej plecach, co nie spodobało się dziewczynie. Wyprostowała się, delikatnie odpychając jego rękę i przytulając się plecami do ławki.
  -Mam pomysł. - Odezwał się po chwili ciszy, niezbyt entuzjastycznie. Zaintrygowana dziewczyna spojrzała na niego, odwracając się w jego stronę. - Udajmy, że to w ogóle się nie wydarzyło. Nie najlepiej zaczęliśmy znajomość i zdaje sobie sprawę, że ten incydent może wszystko zepsuć. Damy sobie jeszcze jedną szanse?
Z jednej strony, to była bardzo kusząca propozycja i chyba to faktycznie było jedynie wyjście z tej sytuacji.Z drugiej nie była pewna czy od tak zapomni o tym.
Gdzieś w głębi duszy nadal mu nie ufała, ale coś w niej pękło. Nie przeszkadzało jej spędzanie czasu z tym mężczyzną, może dlatego, że woła mieć go na oku.
  - Dzięki- przystanęła na propozycji dość radośnie. Zapomnienie o tym było dobrym wyjściem z tego wszystkiego. Będą mogli nadal udawać,że się nie lubią bez żadnych krępujących czynów.
**
  - Edwardzie, może jednak pomogę Ci z tymi walizkami?- zapytała kobieta, podchodząc i dotykając jego ramienia. Mężczyzna pokręcił głową, promiennie się uśmiechając do żony i córki przed sobą. Szybko otworzył bagażnik taksówki wrzucając walizki, oraz otwierając towarzyszkom drzwi.
  - Dokąd? - odezwał się straszy, siwy mężczyzna, patrząc na nich w tylnym lusterku. Kobieta podała mu dokładny adres. Ucieszony, że to niedaleko, ruszył szybko.
Po niespełna 15 minutach dotarli pod dom. Edward najpierw wyciągnął walizki, by później na spokojnie zapłacić mężczyźnie.
Julie w tym czasie, odnalazła klucze schowane w torebce i podeszła do drzwi by je otworzyć. Przekręciła znajdujący się już w środku klucz, i naciskając na klamkę otworzyła na oścież drzwi. Ułożyła torebkę na szafce na buty, wracając pomoc mężowi. Złapała swoją torbę i ruszyła z nią do domu. Rozglądnęła się. Nie było obok nich Lucy.
  - Lucy? - krzyknęła, wchodząc do domu. Odkrzyknęła, że chciała się rozejrzeć po swoim pokoju. Tak długo w nim nie była. Dotykała każdej rzeczy najdelikatniej jak umiała, jakby przy mocniejszym uchwycie miało się rozpaść, rozbić. Chwyciła w ręce złotą ramkę, która dostała od Katherine z ich wspólnym zdjęciem. Były 3 lata młodsze. Już wtedy Katherine zaczęła się dziwnie zachowywać: unikała jej, coraz rzadziej ją odwiedzała, a gdy Lu pytała ją o co chodzi, ta wciskała jej bajeczkę, że ostatnio źle się czuje, że ma dużo nauki. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, wierzyła w to, do czasu.
Z westchnieniem przeszła do jej pokoju, otwierając drzwi. Jej oczom ukazał się nienaruszony stan jej sypialni. Od dawna nikt tu nie wchodził i można było to poznać po kurzu na szafkach.
" Pewnie wściekłaby się gdyby to zobaczyła" - zaśmiała się w duchu dziewczynka.
Niepewnym krokiem podeszła do jej dużego łóżka, na którym ułożone były poduszki, i położyła się na nim.Wpatrywała się w sufit,na którym dawniej wisiały zdjęcia siostry z jej znajomymi.
Bardzo chciała aby z nią była.
**
Zaczynała się zastanawiać co w tym domu jest jeszcze, czego ona nie zauważyła.
Gdy oglądała film i niemal już usypiała, pojawił się na nią Jake, uśmiechnięty od ucha do ucha, z pomysłem na spędzenie czasu tego popołudnia.Zaciekawiona wstała i ruszyła z nim na podwórko. Przeszli przez taras do małej furtki, za którą znajdowało się pole do gry w siatkówkę oraz basen.
Bardzo ją to zaskoczyło, więc stanęła z uniesionymi brwiami, wpatrując się w chłopaka.
  -Nie mam stroju kąpielowego..- wymamrotała, będąc pewna, ze chodzi mu o kąpieli w basenie. Ten jedynie przewrócił oczami, jeszcze szerzej się uśmiechając.
  - Zawsze możesz robić to nago- rzucił. Była niemal tak zdziwiona jak rozbawiona i nie ukrywała uśmiechu. Czasami jego odpowiedzi były tak niedorzeczne, że aż śmieszyły.
Chłopak spojrzał na czarne,obcisłe spodnie dziewczyny ze zmarszczonym czołem. Złapał ją za rękę i zaciągnął w stronę domu.
  - Gdzie Ty znowu mnie prowadzisz?- zapytała. Nie odpowiedział jej, tylko otworzył przed nią drzwi, niemal wpychając ją do domu. Usadowił ją na kanapie, a sam w tym czasie pobiegł do jej pokoju.
Może i nie było to kulturalne, ale otworzył jej walizkę, w poszukiwaniu jakichkolwiek spodenek. Najlepiej krótkich. Chciał się przyjrzeć jej długim nogom.
Jak na złość nie znalazł nic. Żadnych spodenek.
Wyszedł z pokoju i podszedł do barierki, spoglądając z góry na Katherine.
  - Nie masz żadnych spodenek. - zakomunikował.
  - Grzebiesz w moich rzeczach? Żartujesz sobie?- Wstała, wchodząc po schodach, minęła go i poszła do pokoju. Chłopak wyprzedził ją, i znów włożył ręce w jej rzeczy, ale tym razem miał pomysł.
Wyciągnął pierwsze lepsze spodnie i podszedł z nimi do szafki. Odwrócił sie do niej tyłem, wyciągając nożyczki. Przyłożył ostrze do materiału, przecinając go. Gdy dłuższa cześć garderoby opadła na ziemie, dziewczyna pisnęła.
  - Obciąłeś moje spodnie!
  - Nie masz za co dziękować.- odparł podając jej jego dzieło.
  - Dziękować? Lubiłam te spodnie..
  -Ugotowałabyś się. Nie wiem jak do tej pory dawałaś rade, ale jest prawie 30 stopni a ja nie zamierzam patrzeć jak się gotujesz, zwłaszcza gdy mamy grać. - Gestem pokazał jej drzwi łazienki, za którymi posłusznie znikła. Zsunęła z siebie długie spodnie, zostając tylko w koronkowych majtkach. Szybko to zmieniła, zaciągając na pupę spodenki.
Tak jak się spodziewała, spodenki nie zakrywały je całego tyłka! Wiedziała, ze zrobił to specjalnie.
Jednak ona nie zamierzała udawać świętoszka, a poza tym miała czym się pochwalić, wiec z uniesionym podbródkiem wyszła z pomieszczenia, napotykając błyszczące oczy Jake. Odwróciła się wokół własnej osi, dając napatrzeć sie chłopakowi. Gdy znów stanęła przed nim, widziała jak powoli oblizał wargi, uśmiechając się do niej.
  -Dobrze, chodź  dziecino, przekonajmy się czy umiesz grać. - Wyciągnął w jej stronę rękę, jednak nie chwyciła jej i sama wyszła z pokoju.
  - Przestań nazywać mnie dzieciną. Jesteśmy z tego samego roku.
  - Też masz 22 lata? - Przystanęła, oglądając się przez ramię. Żartował? Nic na to nie wskazywało.
Z ślimaczą prędkością pokonywała każdy schodek. Oczywiście przeszkadzało to chłopakowi, który aż palił się że skopać jej tyłek na boisku, więc zniecierpliwiony ułożył dłonie na jej bokach, przerzucając ją sobie na ramię.
  - Dobra! Postaw mnie. Już będę szła normalnie.- powiedziała, uderzając go pięścią w plecy. Zdawała sobie sprawę  z tego, że ma cały tyłek na wierzchu, i to jeszcze koło jego głowy.
  - Mogłaś o tym pomyśleć, zanim mnie zdenerwowałaś.
  - Zdenerwuje Cię bardziej, gdy już z Tobą wygram.
  - W to szczerze wątpię.- zaśmiał się, idąc z nią w stronę boiska...


piątek, 25 lipca 2014

Rozdział 18

Wciąż zapłakana kobieta, podjechała pod budynek, w którym pracuje. Nie miała sił wychodzić z auta, a tym bardziej z kimkolwiek teraz rozmawiać. Jednak wiedziała, że ma robotę do dokończenia i dlatego musiała się szybko uporać ze swoimi problemami. Schowała głowę w dłoniach, opartych na kierownicy, pozwalając łzom nawilżyć swoje policzki.

  - Już zawsze będziemy razem.. - Zacisnęła oczy, blokując napływające wspomnienie. Nie mogła sobie teraz na to wszystko pozwolić. Stało się. Zabiła go.
Może i sama nie była ostatnio stosunku do niego fair, fakt, zdradzała go, ale nigdy nie myślała, żeby związać się z kimś innym niż z Peter'em.
Ostatni raz pociągając nosem, spojrzała w lusterko, ocierając palcem rozmazany makijaż.
  -Rozpaczać będę potem.. - mruknęła do siebie. Sięgnęła po torebkę, która znajdowała się na siedzeniu obok, wyciągając kluczki.
Zesztywniała, gdy ujrzała Katherine i jakiegoś chłopaka wychodzących z biura Antoniego. Przystanęli z boku, gwałtownie o czymś rozmawiając. Dziewczyna wymachiwała rękami, szybko poruszając ustami, natomiast chłopak wyciągnął jedną rękę z kieszeni spodni, i objął nią dziewczynę, przytulając do boku i prowadząc do auta.
"Co się tutaj dzieje?"- niemal krzyknęła w myślach.
A co jeśli wszystko opowiedziała szefowi? Ba. Na stówę to zrobiła. Zdenerwowana włożyła kluczyk w stacyjkę i przekręciła  odpalając auto. Poczekała aż pierwsi wyjadą i odjechała w przeciwnym kierunku, jak najdalej o nich, jak najdalej od wszystkich.
*
Poprawiła się na siedzeniu, zakładając dłonie na piersi. Spojrzała ostro na mężczyznę obok. Nie podobało jej się to, że będzie bawił się w jej ochroniarza, a jeszcze bardziej to, że Antoni go zatrudnił.
Teraz chłopak żąda, tak właśnie- żąda, aby z nim została. Dziewczyna miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
  -To jakaś paranoja. Nie wierze, że masz czelność mi rozkazywać.- odezwała się. Jake uśmiechnął się promiennie, zerkając na nią przelotnie.
  - Ktoś musi Cię skarbie ujarzmić.
*
Rzuciła torebkę na kanapę, przechodząc do ładnie urządzonej kuchni. Wyciągnęła sobie sok z lodówki nalewając do szklanki. Następnie ze szklanką w ręce, wróciła na kanapę, gdzie wygodnie się rozsiadła.
Chwile później do domu wszedł Jake. Radośnie bawił się kluczami od auta, by po chwili położyć je na szafce obok telefonu. Powtórzył czyn Katherine, nalewając soku do szklanki i siadając na przeciw.
Zaczynało ją irytować to, że wiecznie jest uśmiechnięty. Miała wrażenie, że robi to specjalnie by ją zdenerwować.
Przysięgła sobie w duchu, ze jeszcze chwile a zetrze mu ten durny uśmiech z twarzy, szklanką, którą w połowie opróżniła.
Chłopak podał jej telefon.
  - Spróbuj zadzwonić jeszcze raz do Julie. - Chwyciła w dłonie przedmiot, posłusznie odszukując w kontaktach jej numer.
Nacisnęła zieloną słuchawkę, przełączając na głośnik.
Po kilku sygnałach, w końcu usłyszała głos rodzicielki.
  -Jake?O co chodzi?- zapytała zdziwionym głosem Julie. Dziewczyna prychnęła, nachylając się nad telefonem.
  -Nie Jake, mamusiu. - syknęła. - Gdzie jesteście?
  - Katherine.. Przepraszam, że uciekliśmy tak szybko, ale nie chcieliśmy się spóźnić na samolot.
Wracamy do domu, do Polski.
  - Miałam taką nadzieję. Przyjadę, gdy pozamykam sprawy tutaj.
  -Chcesz powiedzieć, że rezygnujesz z pracy u Antoniego?
  - Jeszcze nie wiem co postanowię, ale cokolwiek to będzie, to nie jest Twoja sprawa.
  - Córciu.. - powiedziała miękko - Nie rezygnuj z tej pracy. To zapewni Cię przyszłość..
  -To zapewni mi młodą śmierć!- wykrzyknęła. Jake z ponurą miną, zmienił miejsce, siadając obok nastolatki, układając jej dłoń na plecach. O dziwo, nie przeszkadzało jej to.
Julie, nie zrażona tym, że jej przerwano, kontynuowała podniesionym głosem:
  - Nie musisz się martwić o Lucy. Zrozumiałam swój błąd i nie pośle ją do Antoniego, jeśli sama nie będzie tego chciała.
  - Chyba żartu..
  - Przepraszam, ale muszę kończyć - powiedziała szybko - ponieważ lądujemy. Zadzwonię jak będziemy w domu.
Usłyszała szybkie, pojedyncze pikanie co świadczyło o rozłączeniu. Z westchnieniem zablokowała telefon, oddając ją chłopakowi.
Przez chwile się zastanawiając, chłopak, dotknął policzka dziewczyny. Trochę zdezorientowana, znieruchomiała, wpatrując się w jego oczy.
Uznając to za pozwolenie, zbliżył swoją twarz do jej policzka, pocierając go delikatnie wierzchem nosa..Muskał powoli każdy milimetr jej pięknej skóry, powoli schodząc niżej.
Przełknęła z trudem.
Odsunął się na centymetr, spoglądając na jej zamknięte oczy czekając az na niego spojrzy.Po kilku sekundach powieki podniosły się, ukazując niemal czarne oczy nastolatki.
Skinęła powoli głową.
Nie czekając dłużej, pochylił sie, muskając jej malinowe, nawilżone usta.

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 17

Oparła rękę na prawym boku, przenosząc ciężar na jedną nogę. Z telefonem Jake'a przy uchu, wsłuchiwała się w sygnał dzielący ją od matki.
  -Cześć. Skoro to słyszysz to pewnie nie mogę odebrać. Zostaw wiadomość po sygnale, a na pewno oddzwonię.- usłyszała. Zaklęła oddając chłopakowi jego własność.
  -Co chcesz teraz zrobić?- zapytał. Przeszła do kuchni, nalewając sobie soku i upijając łyka.
  -Nie wiem. Zaraz spróbuje jeszcze raz się do niej dodzwonić. Mam nadzieje, że zabiera ją do domu. Cholera.- mruknęła, zaciskając powieki.- Musze się spotkać z Antonim.
  - Z kim?- zapytał zdezorientowany.
  - Mój szef. Nie mam z nim kontaktu od ponad tygodnia. Muszę mu wszystko wyjaśnić, zwłaszcza, że Peter i Caroline również dla niego pracują.
  -No to jedzmy tam od razu.- sięgnął po kluczki, które leżały na szafce, kierując się z Katherine do drzwi.
**
Para podjechała pod duży budynek w centrum Londynu. Dziewczyna spojrzała, na znajome miejsce z mieszanymi uczuciami. Sama nie wiedziała, co chciała uzyskać tym, że wyjaśni wszystko Antoniemu.
Nigdy nie chciała tak pracować. Cieszyła się, ze zarabia dużą kasę, ale bała się o siostrę. Teraz skoro się ukrywała, mogła nadal to kontynuować i nie zbliżać sie do tego miejsca.
  - Wejść z Tobą?- usłyszała głos, zbyt blisko swojego ucha.
Powoli odwróciła głowę i pożałowała tego, ponieważ teraz tylko kilka cm dzieliło ją od Jake'a.
Skinęła głową i bez słowa wyszła z auta. Chłopak uczynił to samo, stając obok niej, przed drzwiami budynku.
Otworzył przed nią drzwi, pozwalając wejść do środka. Wystrój tego miejsca, zupełnie nie przypominało zawodu, w jakim się specjalizowała. Wyglądało to raczej... jak jakaś duża firma marketingowa.
Dziewczyna zauważyła zdezorientowanie chłopaka, unosząc jedną brew i uśmiechając się radośnie, co oczywiście nie było do niej podobne.
Skinęła na kobietę siedzącą za biurkiem, która wpatrywała się w chłopaka obok  niej.
  - Niezły klimat.- mruknął. Dziewczyna zignorowała go, wchodząc do windy i naciskając ostatnie piętro. Oparła się tyłem o jedną ze ścian, wyłożoną w całości lustrem. Założyła ręce na piersi, zerkając na Jake'a.
  -Co jeśli Peter albo Caroline już tam będą?- zapytał.
  -Zabije ich.- odparła bez cienia wątpliwości.
Usłyszeli znajomy dźwięk i drzwi windy otworzyły się na właściwym piętrze. Ruszył u boku Katherine, mijając kolejną sekretarkę, której również dziewczyna skinęła głową. Podeszła do ładnych drzwi, wykonanych z dębu, otwierając je. Starszy mężczyzna, który siedział za biurkiem, podniósł się. Widać było na jego twarzy różne emocje: zdziwienie, podziw, radość..
  - Katherine, dziecko, gdzieś Ty się podziewała?- niemal wykrzyczał, podchodząc do dziewczyny. Ułożył dłonie na jej ramionach, pocierając je, jakby była zmarznięta.Uśmiechnęła się do niego, zapewniając, że nic jej nie jest, jednak tak odpowiedz nie uszczęśliwiła pracodawce. Minęła go, siadając na czerwonej, skórzanej kanapie. Popatrzyła na Jake'a, który stał z rękami w kieszeni swoich luźnych spodni, wpatrując się w Antoniego. Skinęła na niego głową, dzięki czemu usiadł obok niej.
  - Peter i Caroline uprowadzili Lu, a żeby ją odzyskać, miałam sie do nich przyłączyć. - odezwała się Katherine.
  -Jak to przyłączyć? Do czego? I co to ma znaczyć,że Caroline i Peter porwali Lu? Czy Ty wiesz co mówisz?- był zszokowany. Nie mógł uwierzyć, że byliby do tego zdolni.
 -Stworzyli swój własny gang. Nie zdziwię się, jeśli  będą próbować nas wyeliminować.
  - Musisz coś wiedzieć.. Peter i jego żona nie żyją. Zostali zamordowani.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, jednak jej twarz nadal nie wyrażała żadnych emocji .Miał zginąć z jej ręki,i nie wyobrażała sobie innego scenariusza, ale zdziwiło ją to,że ktoś chciał zabić jego rodzinę. A jeszcze bardziej, ze ktoś o niej wiedział.
  - A co z Caroline?- odezwał się po raz pierwszy Jake. Mężczyzna w średnim wieku zmrużył oczy, nie wiedząc czy może mu powiedzieć. Spojrzał na pracownice, która skinęła głową, dając mu do zrozumienia, że może przy nim mówić, jak i że sama jest ciekawa.
  - Przed chwilą dostarczono mi nagranie, na którym widać, że To Caroline ich zamordowała..
  -Caroline? Przecież to niemożliwe. Ona była w nim zakochana.. - urwała. No jasne. Przecież ona nie wiedziała, że Peter ma żonę, ale choćby nawet to dlaczego to ukrywał? Stwarzał wrażenie szczęśliwego z Amandą.
  -To nie wszystko. W ich domu, znaleźliśmy dziecko.
  - Dziecko?- wymsknęło się Jake'owi,
  - Półroczny chłopczyk.
Katherine wcale ta wiadomość nie zdziwiła. Wiedziała, ze Amanda jest w ciąży. Zauważyła to pierwszego dnia, kiedy Peter postanowił je poznać.

Zapukała do ciemnych drzwi domu, w których po chwili pojawił się przyjaciel. Uścisnął ją delikatnie, przepuszczając w drzwiach. Pomógł jej ściągnąć jasny płaszcz, który miała wtedy na sobie, odwieszając go na wieszak. 
  - Tak się ciesze, że przyszłaś. Ciesze się, że poznasz w końcu Amandę. Tak naprawdę, będziesz pierwszą osobą, którą jej przedstawię. - zaśmiał się, prowadząc ją do ładnie urządzonego pokoju, z nakrytym stołem. 
  - A więc gdzie jest Twoja wybranka?- zapytała Katherine, rozglądając się. Kilka chwil później usłyszała stukot butów na schodach. Odwróciła się w tamtą stronę, i zobaczyła piękną kobietę, która uśmiechała się do niej promiennie. 
Piękne, długie włosy związała w wysokiego koka, czarne jeansy podkreślały jej chude nogi, a szersza pudrowa mgiełka, zakryła jej brzuch. 
" Tu dzieje się coś dziwnego.. " - pomyślała nastolatka. Była za drobna, żeby mieć brzuch, który trzeba ukryć. 
Nie okazując niczego, również się do niej uśmiechnęła, przytulając ja na powitanie.
  -Tak bardzo się cieszę, że mogę Cię w końcu poznać. Katherine, prawda?- zapytała, przyglądając się jej. Kontynuowała, gdy dziewczyna skinęła głową. - Nawet nie wiesz, ile Ciebie jest w tym domu. Peter ciągle o Tobie opowiada. Jeszcze chwile i zacznę być zazdrosna.- zaśmiała się, przytulając się do boku mężczyzny. 
  - Dobrze się czujesz? Nic Cię nie boli?- szepnął jej do ucha, jednak na tyle głośno, że dziewczyna to usłyszała. Amanda parsknęła śmiechem, zapraszając ich do stołu.
  - Siadajcie, jestem taka głodna, że zjadłabym konia z kopytami!- znów się zaśmiała, nakładając dania na talerz..

  - Przepraszam, ze od razu do tego przechodzę, ale jesteś gotowa aby zacząć pracę?- zapytał Antoni.
 - Wydaje mi się,że tak. - mruknęła.
  - Nie sądzi pan, ze Caroline może chcieć się mścić na Kath? Co jeśli wyjdziemy stąd, a koło auta będą już czekali jej ludzie?- powiedział Jake, wstając i chodząc po gabinecie.
  - Masz racje. Nie chce żebyś myślała, że Cię nie doceniam - zaczął, spoglądając w stronę nastolatki- ale Twój chłopak ma racje. Potrzebujesz ochroniarza.- Odwrócił sie znów w jego stronę, nie dając dojść dziewczynie do słowa- Masz tą robotę, chłopcze.

czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział 16

Wyprostowała się, wbijając we mnie spojrzenie, tymi swoimi czarnymi, wielkimi oczami. Przywołała do siebie Lucy, która podeszła do niej, owinięta już w ręcznik.
  - Powiedziałeś, że nikt nie wie, że ten dom istnieje.- Podniosła się z krzesła.  Ciągnąć ją za rękę, weszły do domu , po czym siostrę popchnęła w stronę schodów, a sama wyciągnęła broń z torebki obok.
  - Broń jest naprawdę niepotrzebna.. -mruknął, wstając. Wyminął ją  i sam otworzył drzwi.
Stanęła przed nimi para, z kamiennymi minami. Kobieta, z długimi, ciemnymi włosami, zrobiła krok do przodu, przechodząc przez próg domu. Odwróciła się w stronę Katherine, która mierzyła ją wzrokiem, doskonale wiedząc kim jest.
Przez dobre parę minut patrzyły sobie w oczy, bez żadnych emocji, wypisanych na twarzy. Nie ukrywając-przerażało to mężczyzn.Wiedzieli do czego są zdolne, i bardzo nie chcieli,żeby dały pokaz swoim umiejętnościom.
  Nie ukrywając już broni, ułożyła rękę wzdłuż swojego boku. Kobieta spuściła na nią wzrok, aby uśmiechnąć się złośliwie do córki.
  -Co Wy tutaj robicie?- odezwała się twardo nastolatka.
  - Przyjechaliśmy po Was. Po Ciebie i Lucy. - Uśmiechnęła się promiennie na widok dziewczynki na schodach. Podbiegła do rodziców, rzucając sie im na szyje.
Odsunęła się, czując dłonie na ramieniu.
  - Nigdzie z Wami nie pojedziemy. Lucy zostaje ze mną.
  - Julie, może ja to załatwię.- rzekł mężczyzna, kładąc dłoń na ramieniu partnerki.- Katherine.. nie chcemy dla Ciebie i dla Lucy źle. Będziecie bezpieczne. Porwali Twoją siostrę, tęskniłaś za nią, więc pomyśl co my, musieliśmy odczuwać.
  - Tylko, że ja coś zrobiłam aby ją odnaleźć.
  - Twoja matka też wyruszyła aby ją odszukać, jednak przy okazji wpadła na Ciebie. Potem straciła się z oczy, dlatego wynajęła Jake. Wrócicie..
  - Zaraz. Co? To Ty wynajęłaś Jake? - spojrzała ostro na Julie, by zaraz przenieść wzrok na chłopaka i tam go już zostawić. - Wiedziałam,że nie można Ci zaufać..
  - Kath, daj spokój. To Wasi rodzice.. Jakbyś nie mogła mi ufać, to dobrze wiesz,że byś tu nie przyjechała.
  - Wystarczy.- zakończył Edward, ojciec. - Postanowione. Lucy wraca z nami i nie masz nic do gadania. Jeśli chcesz ją  pilnować, jedz z nami. Będzie nam bardzo miło, prawda Julie? - Skinęła sztywno głową.
  - Idźcie się spakować. Za dwie godziny mamy samolot.
Ku zaskoczeniu Jake, myśl,że za parę minut wyjadą, była bardzo przygnębiająca.
*
 - Dlaczego nie chcesz, żebym z nimi pojechała?- zapytała dziewczynka, pakując swoje ubrania do czerwonej walizki.
  -To nie tak, że nie chce żebyś jechała. Chce abyś była bezpieczna.
  - A przy rodzicach nie będę?- Z głośnym westchnieniem, Katherine, włożyła bluzkę, która miała w dłoni i usiadła na łóżku, ciągnąć za sobą siostrę. Założyła jej za ucho kosmyk ciemnych włosów, które wypadły z kucyka.
  -Przy żadnym z nas nie będziesz do końca bezpieczna. Rodzice są w stanie zapewnić Ci bezpieczeństwo, ale sama wiesz, że nie jest ono stu procentowe. -Wiedziała, że matka potrafiłaby o nią zadbać. W końcu to Katherine się od niej uczyła. Ale po prostu jej chyba nie ufała. Nie mogła jej wybaczyć tego, że nie miała normalnego dzieciństwa i bała się,że to samo spotka Lucy.
  -Wiem, że jestem jeszcze dzieckiem, ale zaufaj mi Katherine.Nie chce, żebyś ciągle musiała się mną opiekować.
  -Co to ma znaczyć?- uniosła jedną brew, przyglądając się jej.
  -Pojadę z nimi. Ja także się za nimi stęskniłam. - Dotknęła jej długiej dłoni, uśmiechając się przyjaźni. Po chwili, niepewnie odwzajemniła uśmiech, przytulając ją do swojego boku.
Podniosły oczy, słysząc pukanie do drzwi.
W progu stała Julie, z założonymi rękami. Podeszła do córek, kucając przed nimi.
  - Jesteście gotowe? - zapytała. Uśmiechnęła się do młodszej córki, która bez zastanowienia go odwzajemniła. Wyciągnęła w jej kierunku ręce, przez co dziewczynka zarzuciła jej ręce na szyje.
Starsza córka wstała i odwróciła się, kończąc pakowanie Lu.
" Co mam teraz zrobić?" - zastanawiała się. Może powinna zaufać rodzicielce i pozostawić siostrę w jej opiece.Może i tak nawet zrobi. Musi kiedyś zacząć żyj, tak jak chciała od początku.
Kolejne pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyśleń. Tym razem zobaczyła ojca i Jake. Nie zastanawiając się, Edward, podszedł do żony i również kucnął przed potomkiem.
Spoglądała na tą całą sielankę, z mieszanymi uczuciami. Nią nigdy tak się nie interesowali.
  - Możemy pogadać?- szepnął jej chłopak do ucha, nie wiadomo kiedy zjawiając się za nią.
Wyszli razem z pokoju, dając im chwilę, przeszli na taras. Usiedli obok siebie na ławce, przez chwile milcząc.
Zerknął z ukosa, zauważając, że wpatruje się w swoje stopy, delikatnie nimi kołysząc. Wyglądała trochę jak zagubione dziecko, które czeka samotnie  na rodzice, na ruchliwym dworcu. Oparł się ręką na oparciu, odwracając się bokiem, przypatrując się jej. Dziewczyna również na niego spojrzała, nie zmieniając pozycji.
  -Dlaczego?
To jedno krótkie pytanie całkowicie go zmieszało. Wpatrując się w ciemne oczy, takie same jak u jej matki, widziała ból, którego się nie spodziewał. Czuł się złe,że przez niego musi teraz cierpieć.
 -Wydawało mi się, że to będzie dobre rozwiązanie dla Lucy, i dla Ciebie.
 -Pozwól, że będę decydowała sama za siebie.
Odwróciła się, zapatrując się w jakiś punkt przed sobą.
  - Posłuchaj, nie musisz wyjeżdżać z nimi..
  - Właśnie, że muszę. Nie wiesz do czego oni są zdolni. Nie pozwolę im ją zabrać.
  -To również jej rodzice. Nie zrobią jej krzywdy.
  - Od jak dawna mnie " szukasz ". - zmieniła temat, siadając w tej samej pozycji co on. Wpatrywała się w niego, widząc jak na jego ustach rośnie uśmiech.
  - Dwa dni, zanim pojawiłaś się w szkole, zadzwonił Edward. Nawet nie wiesz jak się cieszyłem, że sama tak jakby wpadłaś w moje ręce. Gdybym zaczął Cie szukać, pewnie zeszło by mi kilka dni.
  - Naprawdę sądzisz, że dałbyś radę mnie odnaleźć? -roześmiała się.
  -Jedynym wyjaśnieniem, dla którego bym tego nie zrobił, było by to, ze masz pelerynę niewidkę.
Również się roześmiał, z przyjemnością wsłuchując się w jej uroczy śmiech. Przekrzywił głowę, przeczesując dłonią włosy.
  - Jesteś zdecydowana? Naprawdę wyjeżdżasz?
  - Muszę.- westchnął, zamyślając się. Odczekał parę minut i kiedy już dziewczyna miasta wstawać, odezwał się:
  - Mogę Cię chociaż odwieźć na późniejszy lot? - Skinęła głową, podnosząc się. Chłopak zrobił to samo, otwierając przed nią drzwi.
W domu było cicho. Zbyt cicho. Katherine też to zauważyła, ponieważ od razu pobiegła na górę. Po chwili wyszła z pokoju, opierając się o barierkę.
 - Nie ma walizki. Wyjechali.


piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 15

* 2 dni później *
Na wpół przytomna, przysłoniła dłonią oczy, chcąc je ochronić przed promieniami słońca, wpadającymi przez wielkie okno. Z jękiem przewróciła się na brzuch, chowając twarz głęboko w białą,pachnącą poduszkę.
Nie zdążyła na nowo zasnąć, kiedy poczuła, że ugina się materac.Z głośnym westchnieniem, przekręciła delikatnie głowę, otwierając jedno oko. Jej oczom ukazał się Jake. Był w zielonym T-shircie z dekoltem w serek oraz czarne spodenki. Spojrzała na jego rozpromienioną twarz i ponownie przytulając się do poduszki.
  - Wstawaj i to szybko. Zrobiliśmy śniadanie.
  - Jeszcze pięć minut.- Jęknęła. Chłopak zaśmiał się, przenosząc rękę na jej włosy, mierzwiąc je. Zakryła je obydwoma rękami, nie dając mu szansy na dalsze wygłupy. Spojrzała na niego ostro, ale zamiast go wystraszyć, rozbawiła go.
Przewracając oczami, odsunął kołdrę i  przerzucając sobie dziewczynę przez ramie, odparł :
  -Posłuchaj. Lucy chce Ci zrobić niespodziankę. To ona wpadła na pomysł, aby zrobić Ci śniadanie więc jak zejdziemy, będziesz udawała zaskoczoną, rozumiesz?
  -Puść mnie idioto, dam rade iść!
Ignorując ją, z szerokim uśmiechem na ustach, pokonał ostatnie stopnie i wszedł do wielkiej kuchni, gdzie czekała już dziewczynka. Odsunął krzesło, i delikatnie usadził na nim, na wpół rozgniewaną, a wpół rozbawioną, nastolatkę.
Spojrzała na nakryty już stół, czując na sobie spojrzenia młodszej siostry. Odwróciła się w jej stronę.
 - Ślicznie wygląda. Ty to wszystko przygotowałaś?- spytała. Dziewczynka potwierdziła ,po czym podbiegła do lady, na której leżała bita śmietana, i podała ją siostrze.
  - Masz. Z tym gofry będą dużo lepsze.
Jake usiadł na wprost niej, również zabierając się za jedzenie, natomiast Lucy zajęła miejsce obok.
Sięgnęła po filiżankę ze świeżo zaparzoną kawą, kiedy usłyszała:
  - Czy tylko ja mam wrażanie, że to wygląda jak śniadanie w jakimś klawym filmie?- Przemówił chłopak, odpychając się na krześle.
  - Prawdziwa rodzinna sielanka- podsumowała Katherine.
***
Przyklęknął przy zwłokach, zakrywając ręką usta. Nie mógł w to uwierzyć.
U jego stóp leżał jeden z trzech najlepszych ludzi. Kto coś takiego mógł zrobić?
Spojrzał na przerażoną twarz jego żony, Amandy, która leżała obok niego. Miała szeroko otwarte oczy.
  - Nie widać żadnych innych śladów więc na pewno nie była to żadna bójka. Przyczyna śmierci było postrzelenie. Prawdopodobnie z około 5 metrów.
Wstał i rozejrzał się po domach. Taka dobra dzielnica. To musi być wielki szok dla mieszkańców.
 -Dzień dobry. Wiecie już co się wydarzyło?- odezwał się wysoki głos po jego prawej stronie. Odwrócił się, stojąc twarzą do mężczyzny w szlafroku.
  -Nie możemy udzielać informacji.
  - Rozumiem.. - Pokiwał głową.Odwrócił się, odchodząc kiedy na jego zarośniętej twarzy pojawił się uśmiech. Pokonał niewielką odległość dzielącą go od śledczego. - Mieszkam tutaj, na przeciwko. - wskazał palcem na ładny żółty domek, po czym zamilkł.
  - I co związku z tym?
  - To, że od jakiegoś czasu, pewne łobuzy ze slamsów, kradną mi różne rzeczy z podwórka. Wie pan- to krzesła ogrodowe, to rower..
 - Przepraszam pana, ale tu chodzi o morderstwo, nie mam czasu na takie rzeczy. Proszę to zgłosić na policje, z pewnością się tym zajmą.
 - Ja wiem.. Ale chodzi o to, że przed tygodniem zamontowałem kamerę, tutaj na drzewie, i jestem pewny,że obejmuje ten obszar również. Może kamera zarejestrowała sprawce.- Miał racje. Wysoko na drzewie była mała kamera.
  - Marek! - krzyknął śledczy. Parę sekund później u jego boku, pojawił się niższy o głowę "policjant", patrząc na niego pytająco.
  - Idz z tym panem i zdobądź nagranie z wczoraj.
  - Oczywiście. - Skinął na rudzielca w szlafroku i razem udali się do jego domu.
  - Antoni!- usłyszał. Odwrócił się w stronę głosu. Na werandzie stała kobieta, Angel, która kiwnęła na niego ręką. Szybkim krokiem udał się w jej stronę.
  - O co chodzi? -zapytał,kiedy stanął przed nią.
  -Mamy pewien problem.. - Westchnęła, gdy szef uniósł brwi - W środku jest dziecko..
  -Jakie dziecko?- Przerażony, nie czekając na odpowiedz, wszedł do środka i kierując się wrzaskami, wszedł do salonu.
W małym łóżeczku na środku pokoju, owinięte w różowy kocyk, leżało dziecko.
Dziecko Peter'a i Amandy.
**
Katherine i Jake popijali kawę na tarasie, a w międzyczasie Lucy korzysta z basenu kilka metrów dalej. Dziewczynka przebrana już w jednoczęściowy strój kąpielowy, starała się powoli wejść do głębokiej i nagrzanej wody.
Jake pomyślał o  dmuchanym koła, dzięki czemu miała się utrzymać na wodze. Poszedł do szopy, gdzie schował je, kiedy stale tu przebywał.
Ześlizgnęła się do wody, poprawiając swoje koło. Trzymając się brzegu, poruszała nogami.
  - Może powinniśmy do niej wejść..- mruknęła Kath, patrząc na siostrę.
  - Daj spokój. Ona ma 10 lat,a Ty traktujesz ją jakby miała dwa razy mniej. O co chodzi?- zapytał Jake, pochylając się odrobinę do przodu.
  - O nic nie chodzi. Martwię się o nią. Za długo z nimi przebywała, za długo się nie widziałyśmy. Nie chciałabym ją znów stracić, rozumiesz? - kiwnął twierdząco głową.
  - Gdzie tak naprawdę mieszkacie?
  -Wychowywałyśmy się w Polsce jednak parę lat temu przyjechałam do Chicago, do koleżanki. Wynajmowałam z nią mieszkanie. Pracowałam wtedy jako kelnerka w pewnej knajpie. Może zarobków dużych nie było, ale dają czasami niezłe napiwki.
  - Przez cały czas mieszkałaś u koleżanki? - dopytywał.
  - Nie. Później mieszkałam z chłopakiem, też w Chicago. Kilka miesięcy przed porwaniem, wyprowadziłam się do Los Angeles. Tam też poznałam Peter'a, który zapoznał mnie z jego światem.
  - Jak dowiedziałaś się, że Lucy została porwana?
Przekrzywiła głowę, bawiąc się łyżeczką.
  - Wykonywałam swoje zadanie w Moskwie, kiedy dostałam MMS z filmikiem, na którym była Lucy.Była przywiązana do pnia drzewa, była pokaleczona. I to było wszystko. Nie dostałam żadnej innej wiadomości od tamtego czasu. Przez parę dni, czekałam na telefon z instrukcjami.. Rodzina uważała,że chodzi o okup, ale coś mi w tym nie pasowało. Namierzyłam ich. Byli w Londynie, więc się tam udałam. Śledziłam podejrzanych ludzi aż natrafiłam na Ciebie. - Wypiła resztę kawy, odkładając szklane naczynie na talerzyk.
  - To musiało być.. przerażające doznanie.
  - Owszem.
  - Powiedziałaś, że rodzina sądziła, że chodzi o okup?
  - Lucy mieszkała z moją matką chrzestną i jej rodziną. -wyjaśniła.
  - A Wasi rodzice? - w momencie, w którym wypowiedział to słowo, cała się spięła. Zacisnęła dłoń,w której trzymała łyżeczkę, powodując, że sie wygięła.
  - Nie mam rodziców. - wysyczała, rzucając metalem w ręce, wstając .
" Mam przerąbane.. "- pomyślał, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi.

sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 14

Wieczorem, całą trójką wybrali się na zakupy. Związku z tym, że dom przez parę lat nie był zamieszkiwany, lodówka była zupełnie pusta. To co zostało, i to co zjedli na kolacje, nie za bardzo nadawało się do jedzenie.
Pojechali do najbliższego miasta, do sklepu spożywczego, jak i do sklepu z komórkami. Nie mogli sobie pozwolić na to, aby ktoś z ludzi Petera ich namierzył.
Jake chciał się rozdzielić, ale według Katherine, chciał się wymigać od robienia zakupów. Ale jakby nie patrzył, było jej to bardziej na rękę.
Uwinęły się w niecałą godzinę. Oczywiście dla chłopaka było to o wiele za długo i marudził gdy podały mu siatki, aby schował do bagażnika.
Jadąc do domu, podał jej nowy telefon. Nie był to wypasiony i najnowszy model, ale jej bardzo się podobał.Miała nadzieje,ze wytrzyma bliskie spotkania ze ścianą bądź podłogą. Tylko to się w tej chwili liczyło.
*
  - Katherine- wyszeptała Lucy, opierając się na ladzie, obok siostry- ile my właściwie będziemy tutaj mieszkać?
Zamyśliła się na moment. Co prawda, sama się nad tym zastanawiała jednak było pewne, że póki Peter ją szuka, nie ma opcji, żeby wyszły z ukrycia. A zwłaszcza jej mała siostrzyczka.
  - Jeszcze nie wiem, ale nie długo. Obiecuje. - Dziewczynka posłała jej smutny uśmiech, co bardzo zastanowiło Katherine. Czyżby jej się tu podobało? A może spodobał się jej Jake? Była w takim wieku, że zaczynali podobać się jej chłopacy, wiedziała o tym. Ale chłopacy o dziewięć lat starsi?
Kilka minut później wszedł Jake.
" O wilki mowa" - pomyślała brunetka.
  - Cześć dziewczyny- zaczął uśmiechnięty - pooglądamy jakieś filmy?
  - Jestem za! - wykrzyknęła dziewczynka, zsuwając się z lady.
  - Przykro mi Lu. - Spojrzała na nią pytająco. Siostra kiwnęła głową w stronę zegara, która za kilka minut miała wskazać północ. Ze spuszczoną głową, pożegnała się i ruszyła w stronę schodów, prowadzących do jej tymczasowego pokoju.
  - Nie bądź taka. Tylko ten jeden raz, pozwól jej z nami oglądać. - Roześmiał się Jake, puszczając oko do rozpromienionej siostry, stojącej na schodku i patrzącą na niego z nadzieją.
  - Nie, Jake. Lucy idzie spać. - Gdy posłusznie weszła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi, dokończyła. - Kto powiedział,że będziemy oglądać jakieś filmy razem?
  - Ja, oczywiście. Jak sama widzisz, póki co nie ma nic innego do roboty, a ja po tej kawie, póki co nie zasnę. Wydaje mi się, ze Ty po swojej też, więc dlaczego mamy się nudzić? No już, chodź. - Gestem ręki wskazał kanapę za sobą. Spojrzała w jego zielone oczy, które uśmiechały się do niej łagodnie. Z dumnie uniesioną głową, ruszyła w jego stronę. Mężczyzna sądząc, że przystanęła na jego propozycje,uśmiechnął się, jednak po chwili zamrugał zdziwiony, gdy ominęła go i wyszła na taras.
Postanowił nie dać zepsuć sobie wieczoru jej humorkami, więc samotnie rozłożył się na kanapie, sięgając po pilot.
*
Owinęła się szczelnie kocem, który zauważyła na drewnianym krześle, obok stołu. Przyciągnęła kolana do piersi, przegryzając wargę. Od paru minut wpatrywała się w swój telefon. Teraz bezpiecznie mogła zrobić z niego użytek, który planowała wykonać parę tygodni temu. Odetchnęła głęboko, wpisując numer, który znała na pamięć od pięciu lat.
Po trzech sygnałach, usłyszała ten znajomy, wspaniały głos, którego pragnęła usłyszeć już wiele dni temu.
  - Cześć Markus.. Tu Katherine. - Odezwała się nieśmiało.
  - Katherine? To naprawdę Ty? To przecież niemożliwe.. Matko, tam bardzo się za Tobą stęskniłem. Czemu nie dzwoniłaś wcześniej?- Oparła głowę o ścianę, przymykając powieki.
Marcus był jej pierwszym chłopakiem, wielką miłością i może nawet tym jednym. Byli razem pięć lat i była pewna że wytrwają więcej jednak wszystko popsuła impreza, na którą nie mogła pójść z powodu swojej pracy. Kilka dni wcześniej, Antoni zlecił jej odnalezienie pewnej kobiety, która ukradła mu pieniądze i ukrywała się gdzieś w Australii. Nie mogła odmówić, obiecała mu to. W tym samym czasie, w ich wspólnym domu odbywała się impreza z okazji osiemnastki Marcusa. Prosiła go aby zorganizował ją parę dni później, aby mogli być na niej razem, ale on uparł się. Przyjechała dzień wcześniej, dzień po zajściu, chcąc zrobić mu niespodziankę. Jak się okazało to on zrobił niespodziankę jej. - Zastała go w ich wspólnym łóżku ze swoją najlepszą przyjaciółką.
Jeszcze tego samego dnia wyniosła się, do wynajętego dla niej przez Antoniego, mieszkania. Wprawdzie tłumaczył się,że za dużo wypił, nie może nawet coś wciągnął, a ona to rozumiała, ale nie potrafiła wybaczyć. Nie wtedy, ale może i była gotowa, by wybaczyć mu teraz. Przez ten cały rok, rozmawiali może raptem sześć razy, jednak to zawsze ona dzwoniła, tak się umówili.
Teraz potrzebowała go. Potrzebowała swojego dawnego Marcusa, opiekuńczego, romantycznego, kochanego chłopaka, którym był przed rokiem.
  -Miałam.. ważne sprawy do załatwienia.
  - Nie miałabyś ochoty się spotkać? Moglibyśmy.. porozmawiać. Może jeszcze nie wszystko stracone Kath. Naprawdę się za Tobą stęskniłem.
  - Ja też się za Tobą stęskniłam Marcus. Sama nawet nie wiedziałam jak bardzo, dopóki nie zadzwoniłam.
Rozmawiając ze swoim ex, nie zauważyła Jake, który stał w drzwiach, przysłuchując się. Zmarszczył brwi, nic z tego nie rozumiejąc. Katherine ma chłopaka? Nic o tym nie wiedzieć, a wydawało mu się, ze dużo informacji znalazł na jej temat. Z zaciśniętą szczęką, wszedł do salonu, sięgając po swój telefon.
W kontaktach wyszukaj numer, którego szukał, naciskając zieloną słuchawkę.
Kobieta odebrała po pierwszym sygnale.
  - Jake, znalazłeś je?
  - Tak. Zaraz wyśle ci adres, przyjeżdżajcie jak najszybciej.
**
Zaczaiła się na niego kilka domów dalej.
Od kilku dni zachowywał się dziwnie, a teraz gdy dowiedział się,ze ta mała suka uciekła, stał się jeszcze bardziej irytujący. Wysłał najlepszych ludzi do odnalezienia jej, dwóch zostawił do pilnowania Lucy, podczas gdy my rozprawialiśmy się z intruzami. W rezultacie ta mała zniknęła, jej ochroniarz został śmiertelnie postrzelony, a drugi z nieznanych powodów wszedł na dach, z którego zleciał i się zabił. Nie rozumiała tego, ale nie przejmowała się też tym również.
Zobaczyła, że zatrzymał się przed małym, ale ładnym domkiem, w kolorze kawowym.  Zawahała się, ale zaryzykowała i podeszła trochę bliżej.
Z domu wyszła kobieta w wieku około 25-30 lat. Ubrana była w zwykłe dżinsy oraz sweterek, a na to miała zarzucony ubrudzony już fartuszek. Uśmiechnęła się czule na widok wysiadającego mężczyzny.
Niemal podbiegła do niego, zarzucając mu ręce na szyje i wpijając się w jego usta. Rozpromieniony, podniósł ją, pogłębiając pocałunek.
Dziewczyna nie mogła uwierzyć.. on.. ją zdradzał. Oparła się o mur zjeżdżając po nim plecami, chowając twarz w dłoniach.
 " To nie może być prawda.. "
Na miękkich nogach, podniosła się po chwili, aby zobaczyć nieprzerwaną nadal intymną sytuację.
To ja bardzo rozzłościło. Wytarła spływający po policzkach tusz, wyciągając broń z buta. Wyszła z ukrycia stając w lekkim rozkroku. Gdy kochankowie oderwali się od siebie, mężczyzna złapał ją za rękę chcąc zaprowadzić ją do domu. Parę kroków później, zobaczył blondynkę wpatrującą się w nich z mordem, oraz z zniszczonym makijażem.
" Cholera jasna.. "
Czuł, ze stanie się coś strasznego, że kobieta popełni jakiś błąd. Ale nie wiedział jeszcze jaki.
Żona stojąca obok, spojrzała na niego pytająco, by po chwili zobaczyć, że kobieta celuje w nią z pistoletu. Jej źrenice rozszerzyły  sie pod wpływem strachu o siebie, jak i o ukochanego.
  - Caroline, daj mi to wszystko wytłumaczyć.. - zaczął blondyn, robiąc krok w jej stronę. Z furią wymalowaną na twarzy i pistoletem wymierzonym wciąż w jego żonę, wystrzeliła. Mężczyzna zdążył rzucić się w bok, sprawiając,że kula przeleciała przez jego klatkę piersiową .
Kobieta z tyłu zachłysnęła się, nie mogąc uwierzyć w to co się przed paroma sekundami stało.
  - Peter ! - Upadła na kolana, kładąc jego głowę na kolanach. - Nie, nie, nie. Niech to będzie tylko sen, błagam! - łkała. Podniosła oczy na kobietę, która nie zmieniła pozycji. Ku jej zdziwieniu, płakała.
  - To wszystko przez ciebie .. - usłyszała kiedy pistolet znów wystrzelił i kobieta upadła twarzą do ziemi, obok męża.

wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział 13

  -Daleko jeszcze?- Mruknęła brunetka na wpół przytomna. Przez 3 godziny stali w straszliwym korku spowodowanym stłuczką kilku samochodów. Policja nie dawała sobie rady ze wściekłymi kierowcami, których nie obchodziło to, co stało się na drodze. W każdym razie, jednej drugiego przekrzykiwał i rzucał wyzwiska.
Bardzo się cieszyła gdy w końcu wyjechali na prostą drogę. Jednak niekoniecznie cieszyła się z tego, że jeszcze chwile zejdzie zanim dojadą do jego domu.
Była cholernie zmęczona, ale nie mogła sobie pozwolić na drzemkę, kiedy nawet nie wiedziała gdzie jadą. Obawiała się, że wykorzysta to przeciwko niej i wywiezie ją na jakieś odludzie.
  -Jeszcze kawałek.
Ziewnęła, przyciągając siostrę do swojego boku. Potarła jej zimne ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka.
Tak bardzo cieszyła się, że mogę to zrobić. Że może ją przytulić, pocałować, porozmawiać z nią i co najważniejsze, patrzeć na nią.
Jeszcze parę dni temu spędzała czas na wpatrywaniu się w jej zdjęcie, zrobione parę dni przed porwaniem, i wyobrażając sobie jakie zmiany mogły w niej zajść. Teraz patrząc na nią z góry, podziwiała jej spokojną, pogrążoną w śnie twarzyczce, na której widniały pojedyncze piegi. Urosły jej znacznie włosy i może nawet trochę pociemniały.Jednym słowem, zmieniła sie przed te kilka miesięcy.
  -Możliwe, żeby Peter już dowiedział się, ze zwiałyście?- Mruknął chłopak pod nosem. Co chwilę spoglądał w lusterko wsteczne, jakby ktoś czaił się na nas w tym sznurze aut.
Spojrzała na niego pytająco na co pokręcił przecząco głową.
Spokojna odetchnęła głęboko, opierając głowę o szybę i pozwalając powiekom opaść.
**
Wjeżdżając na kamienny podjazd zastanawiał się gdzie zostawił klucze do domu.
Prawie wybuchł śmiechem w po drodze gdy przypomniał sobie, ze nie ma pojęcia gdzie je ostatnim razem zostawił.
Miał tylko nadzieję,że nie zostawił je w Londynie!
Podjechał prosto pod drzwi, ostrożnie wychodząc z samochodu by nie obudzić dziewczyn. Przeczesując dłonią włosy, ruszył w kierunku garażu. Na szczęście do niego klucz zawsze miał przypięty wraz z innymi kluczami.
Minąwszy swoje dodatkowe auta, podszedł do półki z narzędziami. Otworzył pierwszą szufladę, przesuwając ręką między śrubkami.
Nic.
Otworzył następną szufladę, Tym razem z przyborami do ogrodu. Ponownie włożył głębiej rękę, próbując wymacać na dnie klucz.
Też nic.
Lekko zirytowany wyszedł z garażu kierując się na taras.
Wszedł po schodkach i mijając stół podszedł do drzwi balkonu mając nadzieje,że są otwarte. Oczywiście były zamknięte, co się spodziewał.
Jego uwagę przykuł kształt za doniczką z kwiatkiem. Odsunął go lekko na bok a jego oczom ukazał się srebrny kluczyk, którego szukał.
" Muszę zmienić kryjówkę"- pomyślał.
Ściskając zgubę w dłoniach. podszedł do drzwi wejściowych,otwierając je na oścież.
Wrócił się do auta by przenieść dziewczyny do domu. Pierwszą na ręce wziął Lucy. Delikatnie uniósł jej drobne ciało przyciągając je do piersi. Wszedł schodami do góry na piętro, gdzie mieścił się pokój gościnny. Łokcie otworzył drzwi, uważając by nie obudzić tym ruchem dziewczynki.
Podszedł do dużego łózka, jak najdelikatniej układając ją na nim . Ta z kolei przeciągnęła się i wtuliła w poduszki.
" Będę musiał posprzątać" - pomyślał widząc kłębki kurzu na szafkach. Ale co tu było do dziwienia. Parę lat tu już nie był, a nie wynajmował sprzątaczki, żeby w czasie jego nieobecności zajmowała się domem.
Zbiegł schodami do drzwi, przez które wyszedł i skierował sie ponownie do swojego auta. Miał nadzieje,że Katherine się nie obudzi gdy ja przeniesie.
Ukucnął przed nią ,obserwując.
Jej klatka piersiowa unosiła się powoli w dół i w górę. Ciemne włosy opadły jej delikatnie na policzek, usta miała rozchylone. Wyglądała tak niewinnie.
Z uśmiechem na ustach ułożył rękę pod jej kolanami, a drugą na jej plecach. Ostrożnie, aby nie uderzyła głową, wydostał ją z pojazdu. Pchnął stopą drzwi, aby sie zamknęły i odwróciwszy się napięcie, skierował się do domu.
Dziewczyna pogrążona w mocnym śnie, nie zdawała sobie sprawy, co sie koło niej dzieje. Pokręciła parę pary głową,wtulając się tym samym w chłopaka i zarzucając mu ręce na szyje, wywołała uśmiech na jego ustach.
Stanął pod drzwiami swojej sypialni, gdzie zamierzał ją ułożyć. Również łokciem otworzył zamknięte drzwi, popychając je jak najciszej.
Podszedł do wielkiego łózka z białą pościelą, niechętnie okładając w niej brunetkę.
Przykrył ją szczelnie kołdrą i nie zastanawiając się, musnął ustami jej czoło, po czym wyszedł z pokoju.
**
  - Pamiętaj, zachowuj się bo będziesz tego gorzko żałowała!- krzyknęła blondynka uderzając ją w policzek. Dziewczynka krzyknęła nieświadomie, czując pieczenie w miejscu, w którym jej ręka zetknęła się z jej ciałem.
  -Nie rozumiesz, co sie do Ciebie mówi? Jesteś tak głupia jak Twoja siostra ! Zamknij sie mała suko! 
Kobieta ponowie wymierzyła jej policzek ,ale tym razem w drugi. 
  - Przestań! To boli! - załkała. 
  - Ty jeszcze zobaczysz co to ból! - Powiedziała z fałszywym uśmiechem na twarzy po czym wyszła z " pokoju" zostawiając ją samą.
Nagle zrobiło się jej gorąco, czuła jak materiał przykleja się jej do rozgrzanej, wilgotnej skóry.
Otworzyła nagle oczy, prostując sie i rozglądając.
Gdzie ona się u licha znajdowała? Gdzie jest Katherine?
Ostatnie co pamiętała to tylko tyle, ze jechała autem z Jake'iem i siostrą a potem chyba usnęła.
Odsunęła kołdrę na bok, stawiając swoje małe stopy na dywanie.
Powoli i niepewnie podeszła do drzwi, łapiąc za klamkę i ją naciskając.Drzwi ustąpiły, otwierając się przed nią cicho.
Wciąż się rozglądając podeszła do barierki, próbując coś przez nią zobaczyć.
Zaczęła schodzić po schodach, w stroną dźwięku, dobiegającego prawdopodobnie z telewizora.
Gdy dotarła na sam dół, oparła się o ścianę, wychylając się lekko.
  - Cześć, Lucy. Jak się spało? - Odezwał się głos za nią. Podskoczyła jak oparzona, uderzając głową o ścianę.
 Pisnęła zdezorientowana, odwracając się. Za nią stał Jake ze zmarszczonym czołem. Odetchnęła w duchu widząc go, bo o dziwo mu ufała. Uratował ją i zaprowadził do Katherine. Nie zrobił i miała nadzieje,że nie zrobi im krzywdy.
Uśmiechnęła się do niego pocierając czoło. On również się zaśmiał, wprowadzając ją do salonu. Od razu skierował się do kuchni gdzie zamierzał przygotować jej kolacje.
Dziewczynka udała się za nim, wdrapując się na wysokie krzesło.
W porównaniu do swojej siostry była niska przez co wyglądała na jeszcze młodszą niż jest.
Nachylił się, opierając łokcie na ladzie i patrząc na nią zapytał:
  - Na co masz teraz ochotę?
  - Może na tosty. - Odezwała się nieśmiało. Uśmiechnął się do niej promiennie, wkładając chleb do tostera.
W tym samym czasie sięgnął do szafki po dżem oraz nutelle oraz ustawiając to przed Lucy.
Pokręciła głową, oddając mu słoik z czekoladą.
  - Nie lubię tego. Wole dżem. - Pokiwał głową, wyciągając gotowe tosty i kładąc je na talerzy, podsunął dziewczynce.
Usiadł naprzeciwko, biorąc do ręki swój kubek z świeżo zaparzoną kawą. Sięgnął po gazetę, kiedy usłyszał otwierane drzwi i tupot nóg na schodach.
Kilka sekund później  ich oczom ukazała się Katherine. Zdezorientowana, potarła piąstkami oczy, marszcząc przy tym czoło.
Rozszerzyła oczy widząc jak jej siostra siedzi spokojnie z Jake przy ladzie. Powoli, obserwując ich podeszła do nich, całując ją w czoło.
  -Zobacz Kath, Jake zrobił mi tosty. Chcesz gryza? - Podniosła kanapkę na wysokość jej ust i niemal na siłę ją wepchnęła.  Ugryzła kawałek, odsuwając od siebie rękę Lucy, i wycierając kącik ust, w którym czuła dżem.
  - Co ci zrobić do jedzenia? - Zapytał chłopak, podnosząc się z miejsca.
  - Nie jestem głodna. Napije się tylko herbaty.- Odparła nie patrząc na niego.
" Czyżby nadal mi nie ufała? To będzie trudniejsze niz się spodziewałem... "