czwartek, 26 czerwca 2014

Rozdział 12

Nie zgaszając silnika, otworzyła drzwi i niemal podbiegając, podeszła do jego auta.
Wyszedł z niego, zanim zdążyła otworzyć tylne drzwi, za którymi znajdowała się jej siostra. Spojrzała lekko w górę, w oczy chłopaka.
Nie mogła w to uwierzyć. Uśmiechał się!
Nie myliła się co do niego. Zawsze miał złe intencje.Chociaż przez te parę dni starała się myśleć, że tak tylko jej się wydaje, że nie jest taki,ale  porywając jej siostrę, miała pewność, że niczego nie wymyśliła.
  - Myślałaś, że tak szybko się mnie pozbędziesz?- Podniósł rękę do jej policzka, dotykając go opuszkami palców.
  -Co chcesz teraz zrobić?- Cofnęła się o krok. Na jego czole pojawiły się lekkie zmarszczki gdy analizował jej słowa.
Sam nie wiedział co planuje zrobić. Jeśli to od niego by zależało, wsadził by ją do auto i wywiózł na koniec świata, do małego domku,w którym by zamieszkali. Na tyłach domu znajdował by się duży basen, w którym by się kąpali w gorące dni, oraz jakuzzi, do którego by wskakiwali wieczorami.
Co on bredzi. Przecież to od niego zależy!
Jednak nie chciał zachowywać się jak Peter, który z jednej strony traktuje ją jak siostrę, a z drugiej knuje przeciwko niej.
Nie wybaczyłby sobie gdyby ją skrzywdził.
Zrobił krok ku niej.
  - Nie zamierzam Cię szantażować, spokojnie. Uwolniłem ją dla Ciebie. Nie chce niczego w zamian.
Lucy, która spała na tylnym siedzeniu, usłyszawszy głos siostry,obudziła się z wielkim uśmiechem na twarzy, próbując otworzyć drzwi.
Patrząc wciąż w oczy je siostry, cofnął się , otwierając je.
Z radosnym okrzykiem i łzami podbiegła do siostry, która uniosła ją, przytulając do siebie. Oparła się o auto, pociągając nosem , wtuliła się w szyje małej.
  - Ja przepraszam.. nie powinnam otwierać nikomu drzwi kiedy Ciebie nie ma w domu... Ale oni mówili, ze przysłałaś ich,żeby mnie do Ciebie zabrali. - szlochała dziewczynka.- A ja za Tobą tak bardzo tęskniłam.. otworzyłam te drzwi i .. i nic nie pamiętam.
  - Już dobrze. Najważniejsze,że nic Ci się nie stało. - Dotknęła ustami jej czoła i zatrzymała je na parę sekund. Delikatnie postawiła ją na ziemi, łapiąc za rękę, odwróciła się w jego stronę.
  - Dziękuje.. za uratowanie siostry.
  - Posłuchaj Katherine, chciałbym Ci to wszystko wyjaśnić..
  - Nie ma czego wyjaśniać. Musimy iść. Jeszcze raz dziękuje i mam nadzieje, że więcej się nie zobaczymy. - Zanim zdążył zareagować dziewczyna odwróciła się kierując do auta. Gdy była blisko niego, ktoś zaczął w niego strzelać. Kule przechodziły na wylot, masakrując metal, siedzenia i wszystko co było w środku.
Dziewczyna stała jak sparaliżowana patrząc jak jej auto właśnie zostaje unicestwiane. Odwróciła się w kierunku, z którego leciały kule i zobaczyła mężczyznę na dachu, zaraz za kominem.
Zdenerwowana wyciągnęła broń kierując w jego stronę. Strzeliła parę pary, jednak kule go ominęły.
Lucy z krzykiem pociągnęła siostrę za rękę w kierunku Jake. Wyszarpnęła jej rękę lekko popychając go w jego stronę, a sama posuwała się do przodu.
  - Lucy, szybko! - Zawołał otwierając jej drzwi. Mała podbiegła do niego, wskakując na tylne siedzenie. - Katherine!
 Wycelowała jeszcze raz, modląc się w duchu aby nie spudłowała.
Mężczyzna osunął się z dachu, spadając z niego. A przynajmniej miała taka nadzieje.
  - Auto zaraz wybuchnie! Katherine, szybko! - Usłyszała. Spojrzała na auto, które znajdowało sie dwa kroki od niej.
" O cholera.. "
Biegiem dotarła do Jake, wsiadając na miejsce obok niego.
  -Ruszaj! - Jak najszybciej przekręcił klucz w stacyjce, ruszając z miejsca. Po kilku sekundach usłyszeli wybuch. Wysoko w górę poszybowały, niektóre części auta. Intensywny pomarańcz powodował ból gdy sie na niego patrzyło.
Spojrzał na dziewczynę, która nie zwracając na nic uwagi, wpatrywała się w tylną szybko, co jakiś czas lekko poruszając ustami.
" Dlaczego to musiało spotkać właśnie moje auto.. "- pomyślała.
Dotknęła ręki przerażonej, siedzącej z tyłu siostry, która patrzyła na nią wielkimi jak i pytającymi oczami.
  -Nic sie nie stało, malutka.. - zapewniła.
Odwróciła się, teraz wpatrując się w przednią szybę. Przeczesała rękami włosy, przegryzając wnętrze policzka.
Nie miały się gdzie udać. Za około godziny Peter zorientuje się, ze nie ma jej jak i Lucy, o ile już tego nie wie. Jej auto wybuchło, co skreślało możliwość dłużej wycieczki do innego miasta.
Jedyne co jej zostało przy sobie to karty kredytowe w kieszeni i telefon.
Odetchnęła głęboko i wciąż wpatrując się przed siebie powiedziała:
  -Możesz zawieźć nas do hotelu?
  -Nie mogę. - Westchnął, gdy spojrzała na niego wrogo. - Mam inny pomysł. Mam dom kilka godzin stąd. Tam będziecie bezpieczne.
  - Nie zamierzam mieszkać z Tobą pod jednym dachem. - Wysyczała.
Może jeszcze powinna sama dać mu broń, stając przed nim z uniesionymi rękami?!
  - Będziecie tam bezpieczne. - Powtórzył. - Nikt nie wie o istnieniu tego domu.Zaufaj mi .
  - Zaufać? Zaufać Tobie? Jesteś nie poważny! - Zatrzymał auto, odwracając się w jej stronę.
  - Tak zaufać mi.Zauważ, że gdybym chciał Cię zabić, leżałabyś już martwa. Gdybym chciał Cię zgwałcić, miałabyś już dawno rozsunięte nogi i mnie między nimi. Gdybym chciał Cię otruć, na początku dałbym Ci napój z jakiś proszkiem. Do jasnej cholery Kath uratowałem Twoją siostrę, starałem się uwolnić Cię z rąk Petera i jego kolesi. Nie zasługuje na zaufanie? - Wykrzyczał.
  -A skąd mam wiedzieć, ze nie zrobisz tego wszystkiego gdy dojedziemy do twojego domu.? Zasługujesz jedynie na wdzięczność z mojej strony za pomoc. Za nic innego. Odwieź mnie do hotelu.
Odetchnął głęboko parę razy aby się uspokoić i znów nie wybuchnąć.
Spojrzał na Katherine, która piorunowała go wzrokiem i własnie w tej sekundzie podjął decyzje.
" Na pewno jej znów nie stracę. "
  - Dobrze. Ale przenocujemy w nim razem.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozdział 11

Jak pisałam wcześniej, czas dodawania rozdziałów zalezy od waszych komentarzy :)

" Czy ona nie może zrozumieć, ze nie poddam sie tak łatwo? ". Zaśmiał się, jadać w bezpiecznej odległości od niej.Od dwóch godzin kręciła się bezczynnie po mieście. Czekał aż wyjadą z tego zatłoczonego miasta, aby móc z nią porozmawiać. Zatrzymał się kilka przecznic za nią, obserwując jak wchodzi do kafejki, po to aby po kilku  minutach później wyjść z kawą w ręce.
Przystanęła, wyciągając dzwoniący w kieszeni telefon. Odblokowała go, przesuwając palec po zielonej słuchawce.
Przyłożyła go do ucha, otworzyła drzwi i wsiadła.
Cieszył się, ze miał dawniej możliwość nauczenia się zakładania podsłuchów albo podpinania się pod czyjeś telefony. W tym przypadku ta umiejętność była mu bardzo na rękę.
Zaczął wykonywać ostatnie czynności, kiedy w słuchawce odezwał się jej głos. Uśmiechnął sie z satysfakcją.
  -Gdzie teraz jesteś? - Odezwał sie mężczyna. Obstawiał się to Peter.
  -Nie daleko. Paul nie żyje. - Poinformowała go. Mężczyzna przeklął parę razy, po czym głęboko odetchnął.
   -Wiem o tym. Zdawał mi raport, kiedy dowiedział się ,że ktoś o was pytał. Widziałaś tego gościa?
Zawahała się. Nie wiedziała czy gdyby powiedziała prawdę, Jake miałby kłopoty. Odchrząknęła, wymyślając wymówkę.
  -Nie widziałam jego twarzy. Miał kominiarkę. Miałam plan ale Paul pował sam się z nim uporać. 
  -Mam nadzieje,że Tobie nic nie jest. Spotkajmy się za godzinę tak gdzie zawsze.. 
Zawahał się.
  - Albo nie. Jedz tam teraz. Będzie czekał  na Ciebie nowy ochroniarz. Tylko bez numerów Katherine.!
  - A Ty gdzie teraz jesteś?
  - Mam pewno sprawę do załatwienia. Przyjadę za jakieś 2 godziny. Zaczekaj tam na mnie, musimy porozmawiać. 
" To moja szansa" pomyślał.
**
Zajechał pod tylne drzwi budynku. Odbezpieczył broń, wysiadł z auta i biegiem udał się do drzwi. Uchylił je, zaglądając aby ocenić gdzie znajduje się jakiś mężczyzna.
Zauważył go. Siedział tyłem do niego na biurku, z telefonem przy uchu. Starał się wejść jak najciszej. Noga za nogą, niemal szedł  na palcach.
" Jeszcze tylko kilka kroków"
Usłyszał pod nogą charakterystyczny dźwięk tłuczonego szła. Poczuł się jak w filmie, w którym koleś próbuje napaść na drugiego, a kiedy jest blisko, nagle coś go zdradza. W jego przypadku było to szkło. Mężczyzna odwrócił się, zsuwając się ze stolika oraz chowając telefon.
Widząc broń w jego rękach, sięgnął po swoją, jednak za nim dotknął rękojeści, poczuł niewyobrażalny ból w klatce piersiowej.
Nie mógł złapać oddechu, zakręciło mu się w głowie. Dotknął brzucha, potem podniósł ją na wysokości oczu. Miał krew na rękach. Spojrzał jeszcze raz na Jake po czym upadł na ziemie, nieruchomy.
Nie tracąc czasu, szatyn pobiegł przed siebie. Wszedł do korytarza gdzie mieściły się drzwi, odnalazł te właściwe.
Były zamknięte na kłódkę.
" Mogłem się tego spodziewać .. "
Zdenerwowany ,przeczesał dłońmi lekko wilgotne już włosy.
Domyślił się, ze klucz ma Peter, a przecież na niego nie poczeka i nie poprosi go aby oddał mu klucz.Równie dobrze mógłby skoczyć z mostu mając nadzieje, ze zginie na miejscu.
" Myśl, Jake, Myśl!"
Oczy rozszerzyły mu się, gdy do głowy wpadł mu pomysł. Wycelował broń w kłódkę, naciskając spust.
Uśmiechnięty, zdjął rozwaloną przeszkodę, uchylając drzwi.
Dziewczyna słysząc strzały, leżała skulona pod łóżkiem, połykajac łzy.
Nie chcąc tracić czasu podszedł do niej, pomagając jej się wydostać.
  - Nie chce! Puść mnie! Pomocy!- Zaczęła go kopać po kolanie, rękami okładała jego twarz. Złapał jej nadgarstki, przytrzymał brodę, dzięki czemu spojrzała mu w oczy.
  -Spokojnie Lucy. Chce Ci pomóc.- Wciąż szlochając, pokiwała delikatnie głową.Wierzyła mu.
" Oby Katherine była tak uległa jak jej siostra .. "
Chwycił ją za małą rączkę, biegiem prowadząc do wyjścia. Chwycił bluzę, zawieszoną na oparcie jednego z krzeseł, narzucając ją na prawie odsłonięte ciało dziewczyny.
Zauważył,że dziewczynka nie ma siły biegać. Jej chude jak patyki nózki ledwo podnosiły się z ziemi przy chodzeniu, a co dopiero bieganiu.
Delikatnie podniósł ją na ręce, i biegiem wybiegł z budynku, kierując się do auta.
Otworzył tylne drzwi, ostrożnie układając Lucy na miękkich siedzeniach. Przypiął ją pasami po czym zamknął drzwi.
Rozglądając się, otworzył swoje drzwi, wsiadając.
Wyciągnął kluczyki z tylnych kieszeni w spodniach, wkładając je do stacyjki i przekręcając w prawo.
Podjeżdżając do zakrętu, zauważył wyjeżdżający zza drzew samochód. Nie kogo innego, tylko jej samochód.
Uśmiechnął się pod nosem, sięgając po telefon.
Wszedł w kontakty, wyszukując jej zdjęcia. Gdy znalazł, nacisnął zieloną słuchawkę, przyciągając aparat do ucha.
Jeden sygnał.
Dwa Sygnały.
  -Abonent jest czasowo nie dostępny.- usłyszał.
" A więc zamierza mnie ignorować? "
Nacisnął na kopertę, postanawiając napisać jej SMS.
" Nie ignoruj mnie, kotku. Teraz ja rozdaje karty.
Mam Lucy. Jedz za mną."
Po paru sekundach przyszło raport doręczenia, co oznaczało, że odczytała wiadomość.
Spojrzał w lusterko. Uruchomiła auto, kierując się w jego stronę.

środa, 18 czerwca 2014

Rozdział 10

                                * Rozdział niesprawdzony *                                                                              Zdecydowana rzuciła walizki obok łóżka podbiegając do okna. Wychyliła się sprawdzając odległość od siebie balkonów. Na szczęście nie były daleko od siebie. Przy dobrym wybiciu, powinni doskoczyć.
Odwróciła się, zdradzając swój plan Paulowi.
  - Chyba żartujesz,że będę skakał po balkonach 14 pięter nad ziemią! - oburzył się.
Spojrzała na drzwi, za którymi dobijał się Jake. Szafa wyraźnie się przesuwała, pod siłą chłopaka.
" Nie możemy dłużej czekać!"
Wyskoczyła pierwsza mając nadzieje,że jej towarzysz pójdzie w jej ślady. Odetchnęła głęboko stając na barierce. Nie patrząc w dół odbiła się lądując na sąsiednim balkonie. Wstała z kolan odwracając się za siebie. Paul za nią nie szedł. Wychylił się przez okno, kręcąc głową i pokazując broń.
" On chce go zabić... "Otworzyła usta, jednak szybko je zamknęła.
Zabolała ją ta wiadomość o jego planach, ale wolała żeby zabił go on,niż żeby musiała to zrobić ona.
Znów stanęła na barierce i znów skoczyła. Tym razem obiła się o doniczkę, której nie zauważyła.
Zaklęła podnosząc ją i wsypując leżącą obok ziemię.
  -Kochanie, ktoś jest u nas na balkonie ! - pisnęła jakaś kobieta w środku. Zauważyła cień kogoś idącego w jej stroną. Nie przejmując się już doniczką wyskoczyła na kolejny balkon. Docisnęła się do szyby mając nadzieję że jej nie widać. Odczekała pare sekund.
  -Nikogo nie ma, musiało Ci się przewidzieć.- Usłyszała męski głos. Wychyliła się, już go nie było.
Dotknęła balustrady, kiedy usłyszała wystrzał. Jeden, krótki, ogłuszający wystrzał. Powolnym krokiem podeszła na drugą stronę wyczekując aż ktoś się pokaże.
Minuty mijały ale nikogo nie było widać.
Wskoczyła na poprzedni balkon uważając przy tym by nikt jej nie usłyszał.
Zamarła kiedy zobaczyła przyglądającego się jej Jake. Na policzku miał ranę, która mocno krwawiła, włosy miał zmierzwione.
Gdzieś w głębi jakaś cząstka odetchnęła,że jest cały i zdrowy.
  -Katherine, porozmawiajmy. - przemówił.
Obudziła się z jakiegoś transu. Poczuła potrzebę zniknięcia z jego pola widzenia. Nie wiele się zastanawiając wpadła do pokoju, w którym zastała parę w dość krepującym jak dla niej zajęciu. Odwracając wzrok podbiegła do drzwi, zasłuchując się od mężczyzny. Skierowała się na schody majac nadzieję,że Jake nie wyjdzie z pokoju. Wpadła przez drzwi, biegnąc w dół.
Kilka minut później usłyszała, że drzwi znów się otwierają i ktoś po nich zbiega, jednak  była 8 pieter od niego.
Po chwili wypadła na zewnątrz napotykając zdziwiony wzrok ludzi w holu. Gdy dotarła do drzwi wejściowych, chłopak właśnie otwierał drzwi. Posłała mu ostatnie spojrzenie, kiedy spojrzała na ochronę obok recepcji.
  - Ten mężczyzna mnie goni! - Krzyknęła wybiegając. Nie odwracała się już by zobaczyć czy przyniosło to jakiś efekt. Miała nadzieję,że tak.
Pobiegła na parking, w miedzy czasie wyciągając kluczki.
Niespodziewanie przywarła do ściany czując czyjeś ręce na ramionach.
Poznała te perfumy, wiedziała kogo ma przed sobą. Unieruchomił jej nogi, ręce przytrzymywał jej nad głową.
Zaryzykowała spojrzenie w jego stronę.
Piękne zielone oczy wpatrywały się w nią bardzo intensywnie, oddech miał nierówny. Jego klatka piersiowa stykała się z jej.
  - Nic Ci nie jest? - Zapytał. Odwróciła głowę na bok, przymykając oczy. Westchnął ponosząc jej podbródek, zmuszając ją aby na niego spojrzała.
  - Zabiłeś go? Zabiłeś Paula? - Odezwała się po dłuższym namyśle.
Tak dawno jej nie widział. Niby minęło dopiero kilka dni ale czuł jakby nie widział jej przynajmniej kilka miesięcy. Wychudła co podkreślały jej obcisłe czarne spodnie i top. "Bez makijażu jest jeszcze piękniejsza "
ocenił.
  - On zabiłby Ciebie.
  - Wołałeś zrobić to sam? Nie chciałeś aby odebrał Ci tą frajde, co?- Wysyczała. - No proszę, teraz możesz to zrobić.
Spojrzał na nią zdezorientowany unosząc jedną brew. Pokiwał powoli głową wciąż się w nią wpatrując.
  -Co Ty wygadujesz, nie mam zamiaru Cię zabijać i na pewno nie pozwolę aby zrobił to ktoś inny.
  - To po co mnie teraz goniłeś?- Zmarszczyła brwi
  - Szukałem Cię kilka dni. Gdy się dowiedziałem,że wyszłaś z domu z walizką i jakimś mężczyzną, wydało mi się to podejrzane. Nie było łatwo was odszukać ale jak widzisz dałem rade. W każdym razie nie po to aby Cię zabijać. Chodź. - Wziął ją za rękę prowadząc do swojego auta. Odetchnęła głęboko.
" Nie dam mu się zmanipulować"
Wykręciła mu nadgarstek zmuszając do kucnięcie. Oparła nogę na jego plecach, popychając go. Biegnąc ile sił w nogach dotarła do auta. Zdążyła otworzyć drzwi kiedy ją wywrócił, dociskając ją swoim ciałem.
  - Tu jest! Brać go! - Zza rogu wyłonili się dwaj ochroniarze, których zauważyła koło recepcji. Teraz biegli w jego kierunku z pałkami w ręce.
Posłał jej kpiące spojrzenie.
  -Że też nie mogłaś utrzymać języka za zębami !
  - Tu chodzi o moją siostrę. Nie pozwolę jej przez Ciebie zginąć. - Powiedziała chowając się we wnętrzu auta. Włożyła kluczki do stacyjki, odpalając auto i wyjeżdżając nim na drogę. We wstecznym lusterku widziała jak Jake uporał się już z mężczyznami i wpatrywał się w odjeżdżające od niego auto.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział 9

Jej stukot obcasów było słychać w całym pomieszczeniu. Raz szybkie kroki, raz wolniejsze, dzięki czemu na plecach każdego pojawiały się ciarki.
Rozglądając się na boki, czy przypadkiem nikt jej nie obserwuje, weszła do pokoju gdzie spała mała dziewczynka. Do swojego prawego boku przyciskała misia, lewą rękę miała przy swoim policzku. Dla każdego normalnego człowieka wyglądałaby jak aniołek, ale nie dla niej. Dla niej była tylko piątym kołem u wozu.
Nie rozumiała dlaczego ją tu trzymają i do czego jest im potrzebna. To dziecko. I to na dodatek siostra Katherine.
W tym momencie jedynym jej marzeniem było pozbycie się obydwóch sióstr.
Sięgnęła do tylnych kieszonek spodni, wyciągając paczkę papierosów. Wyciągnęła jednego, podpalając jego koniec, drugi włożyła do ust mocno się zaciągając.
Miała nadzieje,że to pozwoli się jej rozluźnić i nie zrobić niczego głupiego.
Podeszła do dziewczynki siadając obok niej, kładąc jej dłoń na główce, przeczesując jej włosy. Uchyliła powoli oczka i zdezorientowana spojrzała na kobietę przy niej siedzącą. Wystraszona odsunęła się tak,że przytulała się do ściany. Blondynka zaśmiała się gardłowo odchylając głowę do tyłu. Ponownie zaciągnęła się papierosem, na dłużej zatrzymując nikotynę w ustach.
  - Gdzie jest Katherine? - Załkała cicho, przyciągając misia do piersi. Caroline spojrzała na nią tak gwałtownie i zimno,że dziewczynka pożałowała pytania.Wyciągnęła papierosa z ust i przykładając do gołego ramienia dziewczynki, docisnęła. Krzyknęła, czując straszny ból, jednak ona nie zwracała na nią uwagi i znów docisnęła go tyle,że w innym miejscu.
  -Nigdy nie zobaczysz swojej siostrzyczki !-Wysyczała.- Mam nadzieje,że nacieszyłaś nią przez te 8 lat.- Skierowała się w stronę drzwi, rzucając ostatnie spojrzenie zszokowanej i zapłakanej dziewczynę. Posłała jej swój najsłodszy uśmiech po czym wyszła.
*
  - Cholera Andy. Musze wiedzieć gdzie ona jest!- Krzyknął, ciągnąc za końcówki swoich włosów. Od kilku dni nie może jej znaleźć. Zupełnie jakby się zapadła pod ziemie. Nie miałby nic przeciwko gdyby się zapadła razem z nim!
  -Jake nie mogę Ci pomóc. Sam dobrze wiesz jakie są zasady.
  - Wale te zasady. Chce ją znaleźć i koniec. Pomóż mi a będę Twoim dłużnikiem do końca życia.- Chłopak westchnął wystukując coś w swoim laptopie. Mamrocząc coś pod nosem, marszczył twarz.
Wrońcu spojrzał poważnie na swojego kolegę, który zatrzymał się na środku pokoju.
  -  Hotel Marriott Marquis. Nowy York.
**
Głośne pukanie do drzwi skłoniło ją aby na chwilę wyjść spod prysznica.Owinęła się ręcznikiem podchodząc pod drzwi, jednak nie otwierając ich. Nie zamierzała pokazywać się obcemu mężczyźnie w samym ręczniku.Na pewno nie.
  - Czego chcesz?- warknęła lekko się o nie opierając.
 - Otwieraj te drzwi. - Prychnęła ponawiając pytanie. Westchnął głośno. Mogła się założyć ze przeczesał palcami włosy! - Musimy się zmywać. Jakiś mężczyzna o nas pytał na recepcji. Rób co mówię, ale pożegnasz się z siostrą.
  - Cholera- Mruknęła cicho szybko wycierając włosy oraz ciało. Ubrała jak najszybciej przygotowane wcześniej ubrania i zabierając swoje najpotrzebniejsze rzeczy otworzyła drzwi, które uderzyły Paula. Spojrzał na nią ostro, jednak nie skomentował tego. Pomógł zapakować jej rzeczy do walizki i po 5 minutach byli gotowi do drogi.
  - Ruszaj się! - Ponaglił ją. Złapał jej walizkę wyciągając broń oraz kierując się do drzwi.
Na parapecie zobaczyła swoją ładowarkę do telefonu,którą zostawiła parę godzin wcześniej. Ruszyła w jej stronę, łapiąc za nią i rzucając spojrzenie za okno. I wtedy zamarła.
Pod drzwi podjechało tak dobrze znane jej auto. Jego auto. Wysiadł, ściągnął okulary przeciwsłoneczne i biegiem ruszył w kierunku drzwi. Nie dobrze, nie dobrze!
Poczuła ból w klatce piersiowej, nagle rozbolała ją głowa. Przyszedł ją zabić. Była tego pewna. Od początku takie było jego zadanie.
Im więcej o tym myślała w ten sposób, tym większy czuła gniew. Wykorzystał ją, omotał. Sama nie była pewna co do swoim uczuć do tego chłopaka, ale wiedziała jedno. Nie zamierza dać mu się zabić.
Podała walizkę Paulowi aby nie przeszkadzała jej w razie kłopotów.
  -Którędy?- mruknęła. Skinął głową na schody. Cieszyła się z kondycji, ponieważ 14 pięter to nie tak mało.
Zbiegali tak szybko jak się dało. Może trochę za szybko jak na nią bo zaczynały boleć ja już łydki. Jednak aby nie ośmieszyć się przez " ochroniarzem" udawała,że wszystko jest w porządku,
Usłyszeli kroki po przeciwnej stronie. Zatrzymali się jak wryci, nakazał jej być cicho. Wyciągnął broń, wychylając się przez barierkę wypatrując kogoś.
Tak bardzo chciała,żeby to nie był on!
Poszła w ślady za blondynem i ostro tego pożałowała. To czego się obawiała, nagle się stało. Biegł schodami 3 pietra niżej. Ubrany w czarne skórzane spodnie oraz czarną kurtkę,tylko biały T-shirt i buty się odznaczały, Wyglądał pięknie. Zabrakło jej oddechu gdy spojrzał w górę, prosto w jej oczu. Zapomniała już jakie są zielone!
Niemal podskoczyła gdy przyśpieszył wciąż się w nią wpatrując.Odwróciła się napięcie, ciągnąc partnera tam skąd wyszli.
  -Katherine! - słyszała. Przyśpieszyła, o ile to w ogóle było możliwe. Chciała się znaleźć jak najdalej niego, jak najdalej tego wszystkiego i wszystkich. Wbiegając znów na korytarz udała się do pokoju. Zatrzasnęła go za nimi, tak by nikt nie mógł wejść z zewnątrz. Na wszelkie wypadek zastawiła drzwi szafką stojącą obok. Oddychała ciężko, myśląc nad jakimś rozwiązaniem. Uderzenie w drzwi ją rozpraszało tak jak jego głos gdy ją nawoływał.
  -Nie powiedzieliście mu, że nie musi mnie już likwidować ?! - wybuchła.
  -On nie pracuje dla nas!
  - Jak to nie?! - przystanęła. Na własne oczy widziała go z tymi typami, których widziała u Pater'a.
  - Jest w innym gangu. Mamy z nimi rozejm ale nie jesz nasz.
Ale też chce ją zabić. Ta wiadomość pogorszyła jej stan psychiczny. Musieli jakoś uciec.
  - Katherine, otwórz te drzwi! - krzyknął Jake zza drzwi.
Odwróciła sie w tamtą stronę, włosy przysłoniły jej widok, rozwiane wiatrem. No jasne.
Okno.

piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział 8

Z zaciśniętymi zębami powarkiwała na lekarza,który opatrywał jej nogę. Mężczyzna nie zwracając na nią uwagi kończył to co zaczął. Po wszystkim podszedł do Paula i wymienił z nim parę zdań co jakiś czas zerkając na nią.
O wiele lepiej jej się pracowało zanim założył jej szwy. Teraz co najwyżej to mogła przewrócić się z boku na bok. Chociaż i z tym miała lekkie trudności. Cholera jak to boli! Ze też ten dziad nie chciał dać jej czegoś przeciwbólowego.
Podeszła do kanapy, opadając na nią, chwyciła pilot. Skakała po kanałach, co zdenerwowało Paula,który skończył rozmawiać i teraz usiadł obok niej.
  - Zdecyduj się na coś.- Mruknął. Ignorując go nadal bawiła się pilotem.
  -Jestem głodna. Czy pozwala mi to wyjść do restauracji?- zapytała.
  -Nie. Zamówię coś.
Podszedł do stolika obok drzwi i podał jej kartę dań. Otworzyła ją niechętnie. Miała nadzieje,że pozwoli jej wyjść, a wtedy może przyszedłby jej do głowy jakiś pomysł. Jeśli Peter myśli,że będzie siedział w tym hotelu i czekała na jego wezwania to sie grubo myli!
Po paru minutach zdecydowała się na obiad z deserem,który od razu zamówili. Mężczyzna też coś dla siebie wybrał. 
Czekając na kelnera, odwróciła się do niego przodem.
  - Ile jeszcze zamierzacie mnie tutaj trzymać?
  -Naprawdę nie wiem. Też nie cieszy mnie to,ze zamiast brać udział w akcjach muszę Cię pilnować.
  - Peter dobrze wie, że nie musi mnie pilnować. Nie zaryzykowałam życiem siostry. - Dodała cicho.
Przez chwilę panowała krępująca cisza. Obydwoje wpatrywali się tępo w ekran telewizora.
Ktoś zapukał do drzwi. Paul poderwał się i niemal podbiegł do drzwi.
" Czyżby był aż tak głodny? ". Niemal się zaśmiała.
Przed drzwiami stał kelner ubrany w czerwony strój ze śmieszną czerwoną czapeczką.  Blondyn zabrał od niego wózek z jedzeniem, podjeżdżając nim pod samą kanapę. Podniósł srebrną przykrywkę ukazując danie. Poczuła ślinę,która napływała jej do ust.
" Oby było tak dobre jak wygląda ! "
Przeniosła tace na kolana, sięgając po widelec oraz nóż. Zatopiła je w miękkim,pachnącym mięsie, dokładając sałatkę podniosła widelec do ust. Tak, zdecydowanie było pyszne.
Sądząc po odgłosie towarzysza, jemu też smakowało. Ale czy na litość Boską, może on przestać mlaskać ?!
*
Wytarła chusteczką usta i odłożyła ją na talerz,który zabrał Paul. Czuła,że zaraz pęknie. Nie skończyło się na jednym daniu. Wspólnie doszli do wniosku,że jedzenie jest za dobre aby go marnować więc zamówili jeszcze po 3 razy to samo. Ku zdziwieniu  deser wyglądał smakowicie ale taki nie był. Truskawki były bardzo kwaśne a lody miały dziwny smak jak. Kompletnie nie nadawały się do jedzenia.
Zadzwonili po kelnera,który zjawił się szybko, zabierając niepotrzebny już wózek z brudnymi talerzami i nietkniętymi deserami.
Podparła się na rękach, mając ochotę na kąpiel jednak zatrzymał ją głos mężczyzny :
  - Peter zawsze Cię podziwiał. Zawsze nam powtarzał,że mamy być tacy jak Ty, wiesz?
  - Jak ja? W takim razie jak długo mnie znacie? Po co każecie ustalić kim jestem waszym ludziom,skoro od dawna wiecie kim jestem?- Przypomniała sobie rozmowę Jake z kolegami w szkole. Kazali mu dowiedzieć się kim jest, ale po co skoro oni doskonale wiedzieli?
Jake.. Nie chętnie chciała przyznać przed samą sobą, ale czym dłużej go nie widziała tym bardziej za nim tęskniła. Myślała o nim przy każdych najmniejszych czynnościach. Nie podobało jej się to. Nie chciała aby jakiś chłopak, który na dodatek na nią " poluje " zawrócił jej w głowie.
 - To była ich próba, taka jak Twoja- zabicie Aleksa. Przy każdym treningu, gdy coś mu sie nie podobało, pokazywał nam filmiki, na których ćwiczyłaś. Trzeba przyznać,że jesteś dobra ale pomyśl co to za upokorzenie gdy musisz naśladować dziewczynę.. - zaśmiał się.
To po to były mu te filmiki? Za każdym razem tłumaczył jej,że to tylko po to żeby w razie błędów, mogła je zobaczyć. Przecież znali każdy jej ruch. Nagle zaczęła się obawiać,że nie miałaby szans w walce z nimi.
  - Gdybyś widziała minę tej blondyny, gdy Cie chwalił. Pękłabyś ze śmiechu.- Mogła to sobie wyobrazić. Musiała przyznać,że poprawił jej się humor.
  - Po co ja Wam jestem?
  - Peter chce abyś do nad dołączyła. Ale jak narazie grasz w przeciwnej drużynie, z Antonim. Wie,że nie zechcesz odejść do nas, dlatego porwał Lucy aby Cię zmotywować.
  -Dobrze wie jak ważna jest dla mnie rodzina. Ma rację, nie przeszłabym na Waszą stronę. To co robię u Antoniego jest złe i jesli zależałoby to ode mnie, nie pracowałabym dla niego. -
  - Mówi,że jesteś jedyna, niezastąpiona. Nie wiem co to oznacza ale najwyraźniej jesteś dobra w tym co robisz.
  - W zabijaniu? -Zakpiła.Popatrzył na nią i ze śmiertelnie poważną miną odparł:
  - Jeśli jest tak jak mówi, jesteś najlepsza w byciu tym, kim każde z nas chce być.
**
Zapukał w niebieski drzwi, za którymi siedział jego szef prawdopodobnie zabawiając się z jakąś dziwką.
  - Wejdź ! - Usłyszał. Posłusznie nacisnął klamkę, nie mylił się.Mężczyzna z wielkim uśmiechem na twarzy, przytrzymywał kobietę,która poruszała się miarowo na jego podbrzuszu. Skrzywił się ledwie zauważalnie. Nigdy nie skorzystałby z usług tych panienek. Obawiał się chorób,których mógł sie nabawić oraz najzwyczajniej w świecie się brzydził.
Brunet pocałował prostytutkę w usta dając jej do zrozumienia,że zrobiła swoje i może odejść. Posłusznie wstała i odwróciła się przodem do nowo przybyłego. Przechodząc,dotknęła lekko jego ramienia przez co się skrzywił.
  - Co Cię do mnie sprowadza? - Zapytał szef zapinając pasek spodni.
  - Nigdzie nie mogę znaleźć Katherine. Peter i Caroline też przepadli.
  -Próbowałeś się do nich dodzwonić? - Zmarszczył brwi.
  - Nie odbierają. Nie podoba mi się to.
Pochylił się do swojego telefonu wybierając numer: Nie ma takiego numeru.
Spróbował jeszcze raz z tym samym rezultatem.
Nie często interesował się losem swoich pracowników. Zależało mu tylko by wykonali swoje zadanie.
Nie przejmował się tym,że ktoś poległ, że miał rodzinę,która teraz cierpi. Był cholernie bogatym narkomanem, którego nic nie interesowała oprócz swojego tyłka.
Ale nie jeśli chodziło o Katherine.
Od zawsze mu się wydawało,że inaczej ją traktuje niż innych.Co dziwne musiała ostrzej trenować ale zarabiała na tym najwięcej. Pomagał je utrzymywać dom, który wynajmowała, płacił za jej rachunki, jedzenie.
Jak dla niego, mieli romans.
  -Dzięki Matt. Zadzwoń do reszty, niech będą tu za 20 minut. Musimy ich znaleźć.

środa, 11 czerwca 2014

Rozdział 7

Nie będzie trudno go zabić.Ma tylko sześć lat. Skoro tak to dlaczego czuła paskudne ssanie w żołądku? Skąd ten lodowaty, lepki pot na plecach?
Tylko sześć lat. Co on jest komuś winny? Przecież to dziecko!
Katherine przedzierała się przez wysoką, ostrą trawę, porastającą obrzeża parku.Chłodny wiatr wiał lekko nawet tutaj, w Norce. Co to za nazwa dla placu zabaw!
Żadne dziecko nie bawiło sie w nim od lat.Niskie ogrodzenie rozpadło się już dawno temu i pozostały po min tylko przegniłe deski krzywo wystające z ziemi. 
Poruszane wiatrem zabawki skłaniały się na powitanie a ich sprężyny żałośnie skrzypiały, co doprowadziło ja do gęsiej skórki.
Chłopczyk siedział na huśtawce. Jednej z trzech, pośrodku.
Dziewczyna zbliżyła się do niego z latarką w dłoni.Może to nie on, tylko jakieś inne dziecko. Może nie będzie musiała go zabić. 
Wyglądał zwyczajnie. Ubrany był w dżinsy na gumce i sportowy granatowy sweterek.Jego duże czarne oczy patrzyły na nią uważnie gdy do niego podchodziła.
  -Cześć.- przywitał się.
  -Cześć.- odpowiedziała.
Cholera. Taki jak na zdjęciu. Usiadła na huśtawce obok trzymając dłoń na nożu za paskiem. 
  - Przyszłaś się pobawić?- zapytał. Jego oczy wypełniły wesołe iskierki, patrzyły na nią z nadzieją. Pokiwała głową.
  - Przykro mi, Alex, ale przyszłam po ciebie.
  - Przecież dopiero co tutaj przyszedłem. Chce do mamy. 
Syn Jennifer i Paula Weeksów. Obydwoje pracują w agencji reklamowej znanej firmy. Ale czy Peter może mieć jakieś porachunki z którymś z nich?
  - Wiem, że chcesz , ale nie możesz.
  -Dlaczego?! To niesprawiedliwe.
W oczach chłopczyka dostrzegła zbierające się łzy. Jak ona chciała pozwolić mu nadal się bawić i udawać,że nigdy jej tu nie było!
Niestety, musiała chronić swoją siostrę. Tylko jakim kosztem. Powoli zaczęła wyciągać naostrzony już nóż, ukazujący się chłopczykowi w okazałości. Otworzył szeroko usta, wstał, próbując uciekać w stronę bramki. 
Dziewczyna nie ruszając sie z miejsca ani na krok, rzuciła narzędziem. Wbił się prosto w głowę, która teraz leżała na mrowisku, w otoczeniu całego tego robactwa. Schowała twarz w dłoni, tkwiąc przy jego ciele jeszcze kilkanaście minut.
**
Irytujący stukot szpilek denerwował go już od dobrych dziesięciu minut. Przeczesując ręka włosy westchnął po raz czwarty.
  - Usiądź, albo ściąg te cholerne buty!- Długonoga odwróciła się do niego przodem piorunując go wzrokiem. Przybliżyła się do niego powolnym krokiem, nachylając się nad nim tak, że miał idealny widok pod niej bluzką.
  - Za długo jej nie ma. Co jeśli poszła na policje?! Jak mogłeś nie wysłać za nią nikogo?
Odchylił się do tyłu zakładając ręce za głowę.Ta dziewczyna chwilami była naprawdę męcząca. Już dawno myślał o pozbyciu sie jej jednak jest za dobra w swoim fachu,żeby ją stracić. Do póki nikogo nie znajdzie na jej miejsce, będzie musiał się z nią użerać.
 - Posłuchaj mnie, skarbie.Znam Katherine i wiem,że nie zaryzykowała by utratą młodszej siostry. Dajmy jej jeszcze pół godziny. Jeśli się nie zjawi, wyśle po nią kogoś i ją zabijemy, dobrze?- Na pewno nie miał w planach jej zabijać. Mimo tego wszystkiego co zrobił, jej i jej rodzinie, traktował ja jak młodszą siostrę. Wiedział,że zadanie,które jej kazał wykonać jest dość trudną próbą. Katherine kocha dzieci od kiedy w czasie wakacji dorabiała jako niania.
  -Czy Ty mnie w ogóle słuchasz?! - Caroline wyrzuciła ręce w górę. Swoim krzykiem wzbudziła zainteresowanie jego pracowników.
  - Słucham Cie cały czas.
  - Jeśli za chwile się nie pojawi, sama ją odnajdę i zabije, zrozumiano?
Drzwi otworzyły się z hukiem, stanęła w nich brunetka, szukając ich wzrokiem. Mężczyzna przywołał ją skinieniem głowy. Ruszyła w ich kierunku, sztywnym i powolnym krokiem, wpatrując się w punkt między parą.
  -Jaki on miał udział w całej tej sprawie?! - krzyknęła podchodząc do niego. Blondynka zastąpiła jej drogę odpychając ją ręką, powodując, że Kath lekko się zachwiała. Spojrzała na nią z obrzydzeniem jak i z nienawiścią.
Jak ona mogła jej kiedykolwiek ufać?! Jak mogła niczego się nie domyśleć? Nie znała sie z nią długo,ale zawsze wydawało jej się,że jest przyjemną dziewczyną z podobnymi problemami.
Najwidoczniej blondynka pomyliła się co do zawodu.
Peter wstał, obawiając się bójki. Objął blondynkę od tyłu przyciągając ją stanowczo,ale nie za brutalnie do siebie.
  - Rozumiem,że wykonałaś zadanie.
  - Odpowiedz na moje pytanie. Co zrobił Ci ten dzieciak? Ukradł Ci pieniądze, zabił,któregoś z twoich ludzi?! Wątpię.
  - Nic nie zrobił, masz racje. Chciałem się tylko przekonać, ile jesteś w stanie zrobić dla swojej siostrzyczki.
Próba zdana. Możesz jechać do hotelu.Paul na Ciebie tam będzie czekał. - Podszedł do niej przypatrując się jej z troską, o którą nie podejrzewała go.
  - Jak Twoja noga?
  - Jak widać świetnie. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. Pokiwał głową. Wyciągnął telefon wystukując numer, przyłożył komórkę do ucha.
  - Paul? Za chwile przyjedzie Katherine. Wezwij lekarza, niech zajmie się jej raną w nodze. - Mężczyzna po drugiej stronie odpowiedział mu, później rozłączył się.
  -Chce się zobaczyć z Lucy.
  - Nie dzisiaj. Jedz i się prześpij. Jutro będziesz mogła się z nią zobaczyć, nic jej nie jest, spokojnie. Opiekuje się nią.
  - Tak jak opiekowałeś się mną?- wycedziła.Spojrzał w jej oczy gdzie czaiły się łzy, posmutniał i pozwolił jej wyjść. Na prośbę Caroline wysłał za nia jednego z ludzi, ale tylko po to by mieć pewność,że dojedzie bezpiecznie. Nie obawiał się,że będzie robiła kłopotów.
*
Ze srebrną tacą, na której była kolacja, szedł wąskim przejściem. Minął pokój gdzie czasami spali współpracownicy zaglądając czy nikogo tam nie ma. Doszedłszy do znajomych drzwi, otworzył je, wszedł, poszukał jej wzrokiem.
Siedziała z misiem przytulonym do piersi, z podpuchniętymi oczami od płaczu. Podszedł do stolika obok gdzie położył tace, usiadł na rogu łóżka podając jej reklamówkę z ubraniami,które kupił jej kilka godzin wcześniej.Nie mógł patrzeć na to jak ubiera ją Caroline. Och, jak ona ją nie lubiła. Jakby mogła, zabiłaby ją już dawno.
Mała pociągnęła noskiem wtulając się w przyjaciela.
  - Jesteś głodna? - Kiwnął głową w kierunku stolika.Spojrzała na niego nie pewnie.
  -Proszę Cię, wypuść mnie. - Znów zaniosła się płaczem.
  - Jeszcze nie teraz kochanie, ale pamiętaj: Nie musisz się mnie obawiać. Nie zrobię Ci nigdy krzywdy, ani nikt z mojego otoczenia dopóki ja tutaj mam coś dopowiedzenia.
Nie wierzyła mu. Jak mogła mu wierzyć skoro ją uprowadził i przetrzymywał tyle juz czasu? Wprawdzie on, tylko on, dobrze się nią zajmował, ale nadal mu nie ufała. Bała się jego dziewczyny. Zawsze gdy przychodziła, biła ją nawet za to,że mrugnęła. Często przyprowadzała ze sobą mężczyznę,który nie ukrywał chęci zabawienia się z dzieckiem.W głębi duszy cieszyła się,że to on przyszedł, nie ona.
Wpatrywała się w niego dość intensywnie, co trochę go onieśmielało. Miała przepiękne oczy, takie same jak jej siostra. Przeniosła ciężar ciała na dłonie stawiając nogi na posadzce. Wciąż się w niego wpatrując ujęła w dłonie jabłko, przyłożyła go do pełnych malinowych ust, takich samych jak Kath, ugryzła go. Uśmiechnął się do niej, przechylając się w jej stronę bardzo powoli aby jej nie wystraszyć. Odsunęła się gwałtownie,ale to nie zniechęciło go aby cmoknąć ją w czoło. Wstał kierując sie w stronę drzwi, ostatni raz na nią spoglądając i wyszedł.
**
Odłożyła pilniczek obok kartek Petera. Usiadła na stole zakładając nogę na nogę i opierając się na łokciu. Spojrzała na kolegę, Erica, który od dobrych 20 minut jej się przypatruje. Nie żeby miała coś przeciwko-bardzo jej się to podoba. Wiedziała,że jest atrakcyjna. Bardzo kochała swojego kochanka,jednak nie widziała przeszkód by przespać się z innym. Traktowała to jako zabawę. Jak dzieci,które schodziły z huśtawki by zjechać na zjeżdżali i dowiedzieć się, co bardziej im się podoba. Z nią było tak samo. Już nie raz zeskakiwała z huśtawki,ale uczucia nie pozwalały jej odejść daleko.
Mężczyzna puścił do niej oczko, na co zachichotała owijając sobie włosy na palcu i zmysłowo zagryzając wargę. Nie okazał się głuchy na jej cichą propozycje. Wstał szybko i idąc w jej kierunku oblizał wagi. Stanął gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.
Nie spodziewali się gości.
Jego oczom ukazał się młodszy kolega, Jake. Uśmiechnął się do niego, odwrócił się i postanowił kontynuować to co zamierzał. Podszedł do kobiety przyciągając ją do swojego podbrzusza i gładząc jej uda. Zaśmiała się cicho przywierając do niego całym ciałem jednak odepchnęła po chwili go. W drzwiach pojawił się Peter z kamiennym wyrazem twarzy. Spiorunował ich wzrokiem ruszając w ich stronę. Wystraszony pracownik odwrócił się i niemal podbiegł do miejsca, w którym wcześniej sie znajdował.
Jake podszedł do szefa,tym samym go zatrzymując.Przywitał się z nim, wymienił kilka zdań.
  - Nie musisz szukać już tej panienki, o którą Cię prosiłem. Akcja odwołana już pare dni temu ale zapomniałem Cię poinformować.
  -Dlaczego?
  -Mamy ją.- Chłopak zbladł wpatrując się w szefa.
______

Jak obiecałam, pojawił sie nowy rozdział. Jeszcze kilka rozdziałów może być takich chaotycznych ale później wszystko pójdzie okej i mam nadzieje,że Wam się spodoba. To kiedy dodam 8 rozdział będzie zależało od waszym komentarzy ;-))


wtorek, 10 czerwca 2014

Informacja !

Przepraszam,że dodaje teraz coraz częściej posty i trzeba mnie poganiać na asku. Tak naprawdę nie trzeba, można zapytać o rozdział.

Sami dobrze wiecie jak to jest z zakończeniem roku, poprawianiem ocen a na dodatek ten upał- nie pozwala usiedzieć w domu. 

Postaram się pisać rozdziały szybciej, ale tez nie wiem czy tego chcecie i czy Wam się to podoba. Dlatego byłabym wdzięczna gdybyście zostawiali swoje komentarze o rozdziale pod nim. 

Edziaa

+ nowy rozdział pojawi się jutro.

niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 6.

Udaje,że spi. Słyszy,jak drzwi jej sypialni powoli się otwierają i do pokoju wpada smuga światła. Nie otwiera oczu i oddycha miarowo. 
Deski skrzypią chociaż gość stara sie zachować ciszę.Dziewczyna nie musi otwierać oczy,żeby wiedzieć kto to.
Jego ręka odgarnia włosy z twarzy Katherine, a ona czuje znany jej zapach potu i oliwy.
Ojciec.
Ręka wygładza kołdrę i dotyka jej ramienia. Ojciec wzdycha i odwraca się. Później drzwi zamykają sie i zapada ciemność. Dziewczynka czeka przez chwile, nie ruszając się, następnie wyślizguje sie z łóżka. Podchodzi do drzwi, nasłuchuje.
Z zewnątrz dochodzą stłumione głosy. Nie może rozróżnić słów ale słyszy skrzypienie  krzesła na drewnianej podłodze i dźwięk wody płynącej z kranu. Są na dole, w kuchni.
Katherine wie,że to co robi jest złe, ale musi dowiedzieć się prawy. Ojciec nic jej nie mówi.
Dlaczego?
Dlaczego w palenisku kominka często znajduje resztki zakrwawionych bandaży? Dokąd ojciec wychodzi, gdy myśli,że już usnęła?
Dlaczego Katherine obawia się,że już go nie zobaczy?
Uchyla drzwi i prześlizguje się przez szparę. Przemyka wzdłuż krótkiego korytarza, przykuca na szczycie schodów.
Nasłuchuje. 
  - Dziewczynka? W zespole? To już nawet nie głupota tylko herezja !- grzmi twardy, pełen wściekłości głos Steve'a.
Dlaczego jest zły? Kiedyś przyjaźnił sie z ojcem.
  -Arthurze, daj jej jeszcze trochę swobody, ma tylko dziesięć lat- przekonuje Marcus.
Mówią o niej! Wstrzymuje oddech .Nie chce uronić ani jednego słowa. Stawia stopę na stopniu i powoli przenosi ciężar ciała. Roni cichy krok w dół, i jeszcze jeden. Wkrótce jest już na dole, nasłuchując pod kuchennymi drzwiami
  - Musi się nauczyć walczyć! Musi nauczyć sie walczyć. Musi zadbać o siostrę jak mnie nie będzie. Im wcześniej, tym lepiej. 
  - Twoja arogancja zabiła żonę, zabije i córki !- krzyczy Steve.
Dziewczynka krzyczy, kiedy zaciśnięta pięść Arthura uderza nad stołem w szczękę Steve'a, zrzucajac go z krzesła. Upada z hukiem zwalając tace z herbatami. Katherine ciągle krzyczy, kiedy kubki rozpryskują się na kawałki, a herbata rozlewa.
Mężczyźni nie zwracają uwagi na rozbite naczynia. Wszyscy patrzą na nią.

Chłód świtu kąsał szyję Katherine, budząc ja ze snu. Nie, to nie był sen, tylko wspomnienie. Choć minęło dziewięć lat, wydarzenia nie straciły wyrazistości. Przetarła twarz zaczesując włosy do tyłu i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego,że jest w aucie i to nie swoim. Wstała z tylnego siedzenia, pochylając się do przodu.
Widziała profil mężczyzny,który prowadził. Łysy, z kolczykiem w brwi, zakrzywionym nosem i wąskimi ustami. Spojrzał w lusterko i dopiero wtedy ją zauważył. Miał obojętny wyraz twarzy kiedy spogląda na jej zdezorientowaną twarz. Widzi obok na siedzeniu broń, ale mężczyzna odgaduje jej zamiary i zabiera broń z zasięgu jej ręki.
  -Gdzie jedziemy?
  - Jedziemy do Ciebie. Pakujesz się.
  - Pakuje?- pyta zdziwiona. Wyjeżdżała?!
  - Jedziesz do Nowego Yorku.
Opadła na siedzenia. Cholera. Co ona miała robić w zatłoczonym Nowym Yorku, gdzie ludzie mylą noc z dniem?
  - Gdzie moje auto?
  - Czeka na Ciebie w domu. - sięgnął ręką do schowka, wyciągając grubą kopertę. Podał jej ją obserwując ją w lusterku.
W kopercie był zdjęcia jakiegoś dziecka, chłopczyka, w różnych sytuacjach. Podczas zabawy w parku, w przedszkolu, w drodze do domu. Chłopiec miał włosy koloru mysiego blondu i bardzo ładne niebieskie oczy,który uśmiechały się nie zdając sobie sprawy,że ktoś go obserwuje.
Sięgnęła po karteczkę,która była na dnie. Rozprostowała je wpatrując się w znajome pismo.
" Aleksander Weeks. Sześciolatek. Zamieszkały przy ulicy Bartholomew numer 25. Uczeń szkoły podstawowej imienia Świętego Antoniego. 
Usuń go. 
Peter. "
Miała nadzieje,że to jakiś żart. Miała zabić dzieciaka? Wiele razy zabijała dzieci ale nie tak młode i z pewnością nie niewinne. Schowała wszystko do koperty.
Poczuła,że auto staje, wyglądając przez okno rozpoznała swój dom. Wysiadła razem ze swoim "ochroniarzem" . Sięgnęła do kieszeni spodni gdzie schowała klucze. Teraz ich tam nie było. Musiały tam być. Przeszukała jeszcze raz kieszenie odwracając się do goryla za nią. Miał wyciągniętą ręke, w której leżały jej kluczę oraz telefon. Spojrzała na niego z ukosa zabierając swoje rzeczy. Włożyła klucz w wyznaczone miejsce obracając go dwa razy w lewo. Drzwi otworzyły sie wpuszczając ich jak i pierwsze promienie słońca do korytarza. Skierowała się od razu do kuchni wyciągając szklankę i napełniając ja sokiem stojącym na stole. Wypiła ją haustem przymykając na moment oczy. Odstawiła szklankę do zlewu kierując się do pokoju. Chwyciła walizkę,która leżała w szafie, pakując do niej najważniejsze rzeczy.
Wchodząc do łazienki po swoje rzeczy rzuciła oko na swoje odbicie w lustrze. Miała  wielkiego siniaka  pod lewym okiem oraz lekko rozciętą wargę. Stojany w drzwiach mężczyzna uśmiechnął sie widząc jej minę.
  - Gdzie masz broń? - wypalił.
Zastanowiła sie nad odpowiedzią. Musiała współgrać by uratować Lucy , ale w razie potrzeby nie mogła ryzykować, ze wszystko zabiorą. Kuchnia. Skrytka za obrazem. Jej sypiania. I pudełko pod wanną.  To przed ostatnie było najlepsze.
  - W sypialni.
Przeszła obok niego, kucnęła aby sięgnąć ręką pod łózko. Wyciągnęła srebrną walizkę. Wystukała kod zabezpieczający ją i walizka się otworzyła ukazując jej maleństwa. Mężczyzna gwizdną biorąc do ręki rewolwer i oglądając go w dłoni. Zmierzył ją wzrokiem uśmiechając się przy tym, co nie odwzajemniła. Schował sprzęt i zamykając go czekał aż się skończy spakować.
Piętnaście minut później przebrana i spakowana zamykała drzwi wejściowe. Przez cały czas obmyślała jakiś plan, coś co pozwoli jej dostać chwile czasu, odwrócić ich uwagę. Nic jej nie przychodziło do głowy. Skierowała się w stronę swojego auta. Otworzyła bagażnik pakując swoje rzeczy, westchnęła cicho.
  -Co ty wyprawiasz? Nie jedziemy Twoim autem! - Mężczyzna podszedł do niej póbując otworzyć bagażnik by wyciągnąć jej rzeczy, jej ręka mu przeszkodziła.
  - Skoro tak bardzo chcesz, jedz swoim. Ja swojego autka nie zostawię, zrozumiano? - Kłócili sie przez chwile ale w końcu wyciągnął telefon i odszedł kawałek. Rozmawiał przez chwile, zapewne z Peter'em, później wrócił do niej nachmurzony.
  - Dawaj kluczki.
  - Zapomnij. - Siedziała już w aucie z uśmiechem na twarzy. Miło było go zdenerwować. Przeklną parę razy ale posłusznie usiadł na siedzeniu obok.
**
Po kilku godzinach jechania w ciszy, dojechali na miejsce.
Spodziewała się raczej jakiegoś zadupia, gdzie jednym dźwiękiem jakie usłyszy będzie przejeżdżający wysoko nad nią samolot. Tymczasem zatrzymała się przed hotelem Marriott Marquis. Spojrzała na towarzysza jednak on wypatrywał kogoś w tłumie niedaleko drzwi. Od jej strony podszedł chłopak z obsługi otwierając jej drzwi i witając ją. Podała mu kluczki i czekała aż jego kolega wypakuje jej rzeczy.
Ruszyli razem do holu gdzie dostała kartę do zarezerwowanego już pokoju. Przypomniała sobie, i stanęła jak wryta powodując,że łysy mężczyzna wpadł na nią.
Odwróciła się do niego przodem.
  - Chyba nie zamierzasz mieć ze mną pokoju prawda?
  - Ktoś musi Cię pilnować. - Pokręciła głową zaczynając kłótnie z towarzyszem. Nie miała zamiaru uciekać. Chciała ich w jakichś sposób oszukać, a do tego musiała mieć własną przestrzeń.
Uparła się że chce rozmawiać z jego szefem na co oczywiście sie nie zgodził więc siłą zabrała mu telefon. Dopiero teraz zauważyła hotelowego,który stał zdezorientowany spoglądając to na jedno, to na drugie. Westchnęła odszukując w kontaktach swojego byłego przyjaciela.
Odebrał po dwóch sygnałach.
  -Jak tam Paul? Sprawia jakieś kłopoty?
  - Ja nie, ale Twój kolega duże. - odezwała się. Chwila ciszy, i po chwili śmiech blondyna.
  - Katherine skarbie, jak podróż?
  - Nie zamierzam spać z nim w jednym pokoju. Każ mu wynająć sobie inny, obok skoro chce mnie pilnować ale na pewno nie ten , w którym będę spała ja.
  - Dobrze. Każ mu to zrobić. Dostałaś kopertę prawda? Mam nadzieje,że nie będziesz robiła problemów.
Cisza.
 Uznała rozmowę za zakończoną, rozłączyła się podając telefon i instrukcję Paulowi.
  - Nie radzę Ci uciekać niunia. Zabije Cię osobiście jesli wywiniesz jakiś numer.
  - O ile sam wcześniej nie zostaniesz trupem. - Odwróciła się  ruszając do swojego pokoju.
**
Podjechał pod jej dom zaniepokojony tym,że nie była w szkole.
Wydział jej sąsiadkę siedzącą w bujanym fotelu na werandzie,która udawała ,ze czyta gazetę. Przyglądała mu się kątem oka. Czuł to.
Bokiem drogi przebiegł piesek,za którym biegł właściciel nawołując go. Zaśmiał się i podszedł do drzwi naciskając dzwonek.
Cisza.
Zapukał dwa razy. Włożył ręce do kieszeni czekając.
Nadal nic.
 - Chłopcze! - usłyszał. Odwrócił sie i zobaczył tą staruszkę,która mu się przyglądała. Teraz kiwała na niego ręką by podszedł do niej.
Przeszedł przez ulice, otworzył furtkę i podszedł do staruszki.
Z bliska wygląda na jeszcze starszą. Siwe włosy miała upięte w idealny ład. Jej długa spódnica zamiatała podłogę, a biała bluzka była poplamiona kawą ,która leżała obok.
  - Szukasz Katherine, prawda? - Pokiwał głową. - Niestety nie ma jej w domu. Obawiam się, że nieprędko wróci.
Zmarszczył brwi powodując zmarszczki na czole.
  - Co ma pani na myśli?
  - Kilka godzin temu, widziałam, jak pakowała walizkę do tego cholernego auta. Swoją drogą, tacy młodzi a takie szybkie auta, nie mówią o tym jakie są głośne. My już mamy swoje lata i chcemy się wyspać a nie słuchać tego wycia. Mój wnuczek kupił sobie kiedyś też takie szybkie auto ale...
  - Jak to z walizkami? - Przerwał jej.Kobieta nachmurzyła się tym ,że ośmielił się  jej przerwać swoją historie.- Była sama?
  - Z jakimś starszym mężczyzną. Na chuligana takiego wyglądał, ten kolczyk w brwi, no coś okropnego. Bozia wam dała piękne ciała a wy je tak oszpecacie. Za naszych czasów...
Chłopak nie czekał aż kobieta skończy. Wybiegł z jej posiadłości szybkim krokiem kierując się do auta.